Browsing Category

Życie

Emigracja, Na co dzień

Tęsknota na emigracji.

17 August 2019

Codziennie śnię o mieście, z którego pochodzę. To nie jest tak, że wracam do Polski, że śnię o podróży, o powrocie. Ja po prostu tam jestem. Od pewnego czasu miejsce akcji moich snów to Gdańsk. Raz tylko śniłam, że kupuję bilety i wracam. O matko, jaka ja byłam w tym śnie szczęśliwa. Już zaraz miałam wsiadać do samolotu, już prawie poleciałam i byłam z powrotem w miejscu, które zostawiłam ponad rok temu.


Myślę o Polsce, oczywiście. Tęsknię i czasami brakuje mi tego co znajome. Tutaj czas płynie wolniej i szybciej jednocześnie. Wszystko jest piękniejsze i brzydsze zarazem. Tam znałam każdy kąt, wiedziałam co jest za zakrętem i czego mogę się spodziewać, gdy skręcę w tamtą ulicę. Tu jest inaczej. Nie wiem gdzie trafię, gdy pójdę w prawo, nie wiem na który fragment drogi uważać, żeby się nie potknąć, nie wiem co jest za rogiem, ani gdzie rosną najpiękniejsze kasztany. Nie wiem dokąd idę, czy ta droga prowadzi na skróty, czy może wręcz przeciwnie.

I wcale nie twierdzę, że to złe uczucie. Nie jest mi smutno, nie czuję się samotnie i wcale nie chcę do Polski wracać. Tęsknie za tym co znałam i za tym co miałam pod nosem. Za morzem, za miejscami, za ludźmi. Za targiem, na którym mogłam kupić gruntowe ogórki i najlepsze polskie wiśnie, za ulubionym, bezludnym miejscem na plaży, gdzie najlepiej układało mi się myśli, za tym, że mogłam napisać do przyjaciółki “to co, wpadniesz dziś wieczorem?” i ona po pracy była u mnie z butelką wina.

Nie szukam na siłę Polski w Anglii, nie szukam wszystkiego co wiąże się z moim krajem i narodowością. Nie interesują mnie polskie imprezy z polskim disco polo. Nie muszę jadać tylko polskich obiadów, robić zakupów tylko w polskich sklepach i nie chcę mieć w domu polskiej telewizji.

Poznaję ludzi o różnych narodowościach, jadam potrawy z kuchni całego świata, mój chłopak jest brytyjczykiem i odkąd jestem a urlopie macierzyńskim, to nawet po polsku nie rozmawiam już tak często jak po angielsku. Tak, tęsknie za Polską, ale zdecydowanie żyje mi się lepiej, niż żyło się tam. Mój dom zawsze będzie tam, tu i gdziekolwiek, gdzie postanowię mieszkać, bo dom nie jest tylko miejscem, gdzie się urodziliśmy, to miejsce, w którym stajemy i czujemy się sobą. Poczucie domu łączy się z rodziną, miejscem pobytu, miejscem marzeń i wieloma innymi pojęciami. Można spędzić całe życie na poznawaniu wielu rożnych miejsc, a potem z powodzeniem łączyć je w całość.

Myślenie o emigracji, gdy jeszcze jest się w rodzinnym mieście/kraju, to trochę jak bycie we śnie. Co myślałam o Anglii, zanim tu przyleciałam? W głowie miałam piękne widoki, Robin Hood’s Bay z serialu Doc Martin, kryminalne historie Agaty Christie, Harry’ego Pottera, Szekspira, wspaniałe zamki, tajemnicze uliczki… Co zastałam? Cóż, ten obraz był daleki od mojej Anglii z wyobraźni, mimo, że byłam tu już kiedyś kilka lat temu i mniej więcej wiedziałam co mnie czeka.

Nadal wiele rzeczy tutaj mnie dziwi, a codzienne życie budzi ze snu, nic nie jest stałe. Buduję swoje życie codziennie, po prostu jestem tu i teraz. Podróż jest jak bycie zakochanym, nagle włączają się wszystkie zmysły i dostrzegamy inne formy świata. Podróż odkrywcza nie polega na szukaniu wciąż nowych lądów, ale na nowym spojrzeniu.

 
Osobiste

Dzień, w którym spakowałam walizkę i wyjechałam.

23 March 2019

Wczesnym latem, gdy oglądałam jeden z ostatnich wschodów słońca w moim mieście, pomyślałam, że chciałabym stać się niewidzialna. Przezroczysta dla ludzi, którzy mijają mnie na ulicy, jak i dla tych, z którymi przebywałam na co dzień. Chciałam, żeby ktoś wręczył mi czystą kartkę i pozwolił napisać moją historię od nowa. Zrozumiałam dlaczego tak bardzo lubię wschody słońca. Kiedyś wydawało mi się, że moją ulubioną porą jest noc, jednak ona przynosiła tylko smutne myśli, tony przemyśleń, dręczące wyrzuty sumienia i tysiące pytań, na które nie umiałam znaleźć odpowiedzi. Wpadałam w pułapkę nadmiernego myślenia.

Gdzie była ta dziewczyna pełna sił, ciekawa świata z apetytem na życie, entuzjazmem i siłą? Zniknęła. Zamiast jej pojawiła się pusta sylwetka bez wyrazu. Miałam dwa wyjścia – poddać się albo jeszcze spróbować. I spróbowałam.

Nastawiłam się na długą i ciężką drogę. Wiedziałam, że będzie mi niewygodnie, że muszę przepracować pewne sprawy, a niektóre zbudować zupełnie od nowa. Muszę być cierpliwa, nieugięta i muszę nastawić swój umysł na tryb leczenia. Gdzieś na świecie musiało być miejsce, w którym poczuję się jak w domu. Byłam zmęczona chodzeniem tymi samymi ulicami, uwięziona pośród nocy, które wyglądały tak samo. Wyczerpana udawaniem, że wszystko jest dobrze i że w końcu, niespodziewanie coś się samo zmieni. Samo, to się może najwyżej rozpaść, tak jak wszystko w moim życiu nad czym traciłam kontrolę.

Sprzedałam co mogłam, spakowałam swoje życie do jednej walizki, przygotowałam bilety. Płakałam ze strachu, uśmiechałam się na myśl, że w końcu odnajdę siebie. Myślałam godzinami, a potem wyłączałam myślenie i działałam automatycznie. Pożegnałam przyjaciół, moje ukochane miasto, złapałam mojego syna mocno za rękę i zrobiłam krok do przodu.

Ubrałam na oczy opaskę i ruszyłam przed siebie, błądząc po omacku. Mam drogę do przejścia, muszę iść do przodu, szukać, pukać od drzwi do drzwi i pytać:

– dzień dobry, czy to tu jest miejsce dla mnie?

– niestety, proszę iść dalej, to jeszcze nie tutaj.

Nie szkodzi, idę dalej. Może zatrzymam się tu na chwilę. Nie mogę zawrócić.

W dniu, w którym wyjechałam zmieniło się całe moje życie. Zmieniło się wszystko i nic się nie zmieniło. Czekałam na to, aż znajdę drzwi, przez które będę mogła uciec, a znalazłam takie, do których mogę wejść.

Czekałam na moment, w którym moje życie będzie stabilne, gdzie nic nie będzie w stanie mnie zaskoczyć. A jest całkiem odwrotnie – codziennie coś mnie zaskakuje, codziennie trafiam na coś nowego, tylko teraz rozumiem ten proces. A może wcale nie rozumiem. Nawet się nad tym nie zastanawiam, po prostu żyję.

Staram się nie czekać na lepsze czasy, na rozwiązane sprawy, na zamknięte tematy na lepszą pogodę i korzystniejszy biomet. Czasami jest tak, że gdzie nie spojrzę, to nędza, nieporządek, wszystko nie tak. Trudno, gorsze momenty przesypiam i czekam, a potem zbieram się do kupy i idę dalej.

Ostatnie lata był latami zaciskania zębów, robienia dobrej miny do złej gry, gryzienia się w język, ocierania łez, trzymania w sobie żalu.

“To, co teraz powiedziałem, wygląda, jakbym miał coś strasznego dalej do wyjawienia. Coś straszliwego: wielką katastrofę, nieszczęście jakieś ogromne, zbrodnię nieludzką, o której gdy się słucha tylko albo czyta, cierpnie skóra i włosy na głowie zaczynają kłuć jak szpilki. Jak nieraz od zimna. Tak wygląda to, co napisałem. Jakby to był wstęp do. Jakby to byłby słowa dla wysokiego sądu w sali, gdzie proces. Więc nie. Nie tyle co.

Zanim doszedłem do wzgórza, gdzie odpoczywałem, leżąc bez pamięci, zanim doszedłem do tego wzgórza, gdzie się zwaliłem bez sił, spoczywając bez pamięci, patrząc w niebo niebieskimi moimi oczami, zanim tam doszedłem, szedłem długo. Jeszcze dłużej. Za mną nic nie było. Nie uciekałem przed nikim ani przed niczym. Żadna panika mnie nie ścigała ani sfora, ani ktoś pojedynczy. Przede mną też nic nie było w normalnym rozumieniu, w normalnym oczekiwaniu. Żaden punkt. Nie szedłem, żeby gdzieś dojść w normalnym rozumieniu. Żeby kogoś zobaczyć i ucałować ani żeby się na kimś zemścić. Bóg mnie też nie prowadził. Nic. Nie szedłem do celu. Szedłem nigdzie. Szedłem długo. Jeszcze dłużej. Mówię, co wiem.

Więc mówiąc prawdę i tylko prawdę, całej prawdy powiedzieć nie mogę, bo jej nie znam. I chyba nigdy się nie dowiem, dlaczego i po co przeszedłem dzisiaj ładne trzydzieści pięć, czterdzieści albo czterdzieści pięć, nie wiem, kilometrów, bo nie wiem, ile zrobiłem, na słupy nie patrzyłem, czasu nie mierzyłem. Nie to miałem w głowie. W głowie miałem lekki szum. Na pewno. Na pewno nigdy się nie dowiem, dlaczego dzisiaj nie skończyłem śniadania, nie dopiłem kawy, tylko wstałem i powiedziałem do gospodarza, żeby mnie obliczył i żeby mi wypłacił, ile się należy, bo odchodzę. Bo muszę iść. (…)

Uznałem dzisiaj idąc, że przecież nigdy się na to nie zgodzę, żeby być tym, czym nie jestem, a od czego się roją półkule. Ani na to, ani tak samo na to, że: jakoś to będzie, jak pan Bóg da zdrowie, a Matka Boska pieniądze, coś się musi zmienić, byle do wiosny. Uznałem, że tysiąc razy wolę przeminąć jak kometa. Tysiąc razy wolę mignąć tylko jak meteor i wsiąknąć w niezgłębione mgły. Całej prawdy nie znam. Mówię, co wiem.

Uznałem to i uznałem, że najlepsza dla mnie rzecz i jedyny sens jest usiąść. Usiąść gdzieś na uboczu, oprzeć się o drzewo albo o skałę, albo położyć się na trawie, na liściach, walnąć się na ziemię i już tak zostać bez ruchu, leżeć nieruchomo i przypomnieć sobie wszystko, wszystko co tylko, zebrać, przywołać ze wszystkich stron zakątków, wielki apel pamięci zrobić, aż urośnie jak balon i uleci w powietrze. I wtedy już spokojnie, cicho, tak jak przystało, godnie wsiąknąć w glebę, jak majowy deszcz.”

– Edward Stachura, Falując na wietrze

Zmieniło się wszystko i nic się nie zmieniło. Było jak było, jest jak jest i będzie jak będzie. Ja po prostu idę, a czasami się zatrzymuję. Czasami idę sama, a niekiedy ktoś mi towarzyszy. Czasami idę przez sztorm i burze, a czasami słońce grzeje moją twarz.

Nawet jeśli nie masz pewności dokąd doprowadzi Twoja droga i nawet jeśli nie potrafisz określić, gdzie chcesz teraz być, wciąż możesz spróbować podróży, ucząc się po drodze i idąc łagodnym, stałym tempem.

 
Psychologia

Pułapka nadmiernego myślenia

10 January 2018

Mielenie w głowie wciąż tych samych tematów, wracanie myślami do spraw, które wywołują negatywne myśli i ciągłe analizowanie wydawało mi się kiedyś moją zaletą. Sądziłam, że jestem po prostu bardzo refleksyjna, a myślenie w kółko o tych samych sprawach choć najczęściej bywa męczące, to jednak da mi odpowiedzi na dręczące pytania.

Utknęłam w pułapce zdarzeń, które nie dawały mi spokoju i nie pozwalały pójść do przodu. Nie zawsze były to sprawy warte rozważań i zastanawiania się wielokrotnie.

Czasami szukanie wyjaśnienia jest nic nie warte, bo istota nie leży w sytuacji, ale w podejściu do niej. 

Usłyszałam ostatnio o sobie kilka wniosków. Po pierwsze, że moje ciągłe wracanie do pewnych spraw i sytuacji, to tak naprawdę wywoływanie negatywnych rzeczy, a po drugie, że najzdrowszym podejściem byłoby nie robienie tego, co te negatywne rzeczy wywołuje, w domyśle: przetwarzania, wracania wciąż do problemów, analizowania ich i myślenia. Stworzyłam sobie w głowie algorytm, który polegał na tym, że jeśli poświęcę dostatecznie dużo czasu na analizę, to z pewnością w końcu spłynie na mnie jakiś wniosek, sprawy zostaną odpowiednio przepracowane, a lekcje wyciągnięte = sukces, doświadczenie i umiejętność radzenia sobie z podobnymi sprawami w przyszłości. Tak naprawdę było to przeżywanie różnych zdarzeń, rozdrabnianie ich, ciągłe powracanie do problemów, jednak bez realnego ich rozwiązania.

 

Okazuje się jednak, że ta refleksyjność, którą sądziłam, że posiadam, nie ma nic wspólnego ze zdrową refleksyjnością, gdyż w rzeczywistości podszyta jest dużym stopniem lęku nieproporcjonalnym do zagrożenia. A refleksyjność polega na byciu cierpliwym, spokojnym, zdystansowanym. Polega na tym, że widzisz negatywne rzeczy, ale się do nich nie przywiązujesz. Za lękiem idzie irracjonalność, która jest ciężka do zniesienia. I z jednej strony wiem,że jest to sprzeczne, a z drugiej irracjonalność oznacza, że coś jest nie tak i to coś trzeba naprawić. Ale jak naprawić coś, gdy się człowiek zaplącze w sieć własnych lęków i mechanizmów obronnych?

Bo lęk związany z czymś konkretnym może uniemożliwiać zadowolenie z wykonywania różnych czynności, ale też dawać bolesne poczucie, że nie potrafimy zrobić niczego dobrze. Nawet tych pozornie prostych rzeczy.

Dostałam cenną wskazówkę, która polegała na uświadomieniu mi, że często po prostu szukam dziury w całym i znajduje problemy tam, gdzie ich nie ma. Jednak dla mnie te problemy istniały, więc dlaczego było to tak odbierane? Ponieważ moje nieustanne przemyślenia podszyte niepokojem i lękiem były zupełnie bezużyteczne.

I co teraz? Jak żyć, gdy ma się w sobie tyle neurotycznych cech, które są męczące nie tylko dla mnie samej, ale również dla ludzi dookoła mnie. Jak to zwalczyć i jak sobie z tym poradzić? Może znowu powinnam coś przemyśleć?

Doszłam do wniosku, że niepokój i analizowanie wszystkiego nie musi być stałym elementem mojego życia, a mój niespokojny mózg potrafi jednak czasami dojść do jakichś dobrych wniosków, które zamiast generować kolejny strach, dają poczucie ulgi.

Jak to zrobić? Przestań wierzyć we wszystko co myślisz. 

“Świat w XXI w. to cywilizacja podlegająca nieustannym zmianom, które są zaskakujące i wymagają ciągłego przystosowania się na nowo. Nakłada to na człowieka konieczność rozwijania cech, które do niedawna nie były istotne. W rzeczywistości niezbędna jest umiejętność dostrzegania i definiowania problemów, zdolność przetwarzania informacji, a nawet transformacji naszego myślenia.”

Nadmierne myślenie może nas spowalniać, hamować, ograniczać zdolność do dobrych uczuć, ograniczać spontaniczność, elastyczność, a także wywoływać poczucie stałego nienasycenia. Z kolei to powoduje, że wzmagają się faktyczne niepowodzenia i zwiększa się rozdźwięk między osiągnięciami, a możliwościami. Życiem kierują skrajności – raz pojawia się poczucie wspaniałości, a następnego dnia totalnej bezwartościowości i w każdej chwili można wpaść z jednej skrajności w drugą.

Ruminacje (termin używany w psychologii) – roztrząsanie, uporczywe myślenie o nieprzyjemnych wydarzeniach, rodzaj myśli charakteryzujących się towarzystwem wątpliwości i generowaniem lęku i niepokoju

Ruminujemy, gdy czujemy się źle, ponieważ sądzimy, że objawi nam to sposób rozwiązania problemów. Jednak daje to całkiem przeciwny skutek: zdolność rozwiązywania wyraźnie słabnie, a przeżywanie w kółko i od nowa tych samych, nieprzyjemnych zdarzeń nie prowadzi do ich lepszego zrozumienia. Myślenie staje się częścią problemu, a nie rozwiązaniem. Do tego pojawia się niecierpliwość – chcemy wszystko natychmiast naprawić, nie zdając sobie sprawy, że ten wytężony wysiłek tylko pogarsza sprawę. Nasze przemyślenia prowadzą donikąd i okazują się być tylko jałowym filozofowaniem, którego dopuszczamy się, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. Szukamy rozwiązania przez godzinę, dwie, a potem przez całą noc, dzień, a nawet tydzień. I nie prowadzi to do niczego.

Myślenie i analizowanie samo w sobie nie jest złe, o ile prowadzi do jakichś wniosków, a nie jest jedynie zjawiskiem, które męczy i obciąża nas psychicznie (a często również fizycznie – nadmierne myślenie w nocy = brak snu = zmęczenie). Mózg, który szaleje od nadmiaru scenariuszy po prostu wpada w pułapkę. Zamiast stale pytać dlaczego coś się stało, trzeba zadać sobie pytanie – co można z tym zrobić.

Świadomość jest pierwszym krokiem, aby zakończyć nadmierne myślenie. Należy zacząć zwracać uwagę na sposób analizowania, być czujnym. Za każdym razem, gdy w głowie pojawi się znajomy niepokój warto zatrzymać się i powiedzieć sobie – oho, znowu to robisz, stój. Kontrola myśli i niepokojów może zacząć się od segregacji na te produktywne, za którymi stoi jakieś rozwiązanie i na te, które potęgują strach.

Zmiana myślenia, osiągnięcie wewnętrznego spokoju i poczucie, że myśli są pod kontrolą, to proces który jest czasochłonny. Nie da się tak z dnia na dzień przestawić na inny tryb, ale z pewnością można próbować nad sobą panować i próbować skupiać się na konkretach. Zamiast stale rozmyślać co by było gdyby/a jeśli, trzeba spróbować skierować myśli w stronę rozwiązania.

Można to zrobić poprzez zajęcie się czymś innym, czasami wręcz trzeba zmusić umysł do skupienia się na innych rzeczach. Przekuć energię w coś pożytecznego. Posprzątać biurko, spotkać się z kimś, posegregować ubrania – cokolwiek co da widoczny efekt. A po złapaniu dystansu wrócić do sprawy z konkretnym celem: znalezieniem drogi wyjścia. Przekształcenie niepokojących myśli w wysiłek i podejmowanie działań naprawdę potrafi oczyścić umysł.

Nadmierne myślenie jest świetną drogą do odebrania sobie radości z życia, kochania i przeżywania. Doprowadza do skrajnych emocji, powoduje niezdolność w podejmowaniu decyzji, racjonalnym myśleniu, znalezieniu motywacji.

To nic złego raz na jakiś czas poczuć się człowiekiem, któremu przydarzyła się porażka. Ważne, żeby umieć z tego skorzystać, naprawić błędy i wykorzystać zdobytą wiedzę, a nie tylko jej szukać. Uporczywe myśli będą się pojawiały, ale najważniejsze, to się na nich nie skupiać i nie wdawać z nimi w dyskusje. Trzeba lubić siebie, nawet wtedy, gdy jest się słabym. Później dużo łatwiej jest korzystać ze wszystkich swoich dobrych cech – pogody ducha, błyskotliwości, pomysłowości, twórczości, pewności siebie czy empatii.

 

 
Na co dzień, Osobliwości

A w październiku…

16 October 2017

Zawsze jest trochę melancholijnie, trochę wesoło, trochę smutno, trochę tęskni się za latem, a trochę wygląda się zimy i świąt. Jaki jest ten miesiąc? Wyjątkowy. Dużo układam, przestawiam i porządkuję. W środku, w głowie, w sercu.

Wyławiam ze śmietnika codzienności pojedyncze doznania.

Ta jesień jest inna. Nie widzę jej w standardowych barwach. Kolorem października jest fioletowy. Ostatnio jest on moim ukochanym kolorem i teraz chyba nawet strącił z podium niebieski, który do tej pory był top of the top. Internet mówi, że osoby lubiące fiolet cechuje tajemniczość, intuicja i zamiłowanie do piękna. Podobno fiolet jest symbolem poszukiwania, wolności, doskonałej miłości i młodości. I ja właśnie czuję się młodo, jak nigdy.

Fiolet idealnie oddaje wszystko co najlepsze w kulinarnej jesieni – kapustę, bakłażana, fioletowe ziemniaki, czosnek, buraki, śliwki. Pisząc ten tekst, całe mieszkanie wypełnione jest zapachem boczku z powidłami śliwkowymi. Jutro zrobię fioletową kiszoną kapustę. I może kopytka z fioletowych ziemniaków?

1 | 2 | 3 | 4


Ostatnio lubię też neony. Te mówiące do mnie fioletowym światłem. Chciałabym mieć na ścianie taki neon i wieczorem siedzieć z kubkiem herbaty, słuchać jesiennej muzyki i wpatrywać się w niego. Zwłaszcza w ten, który mówi stay wild. 

1 | 2 | 3 | 4


W październiku jestem pełna (nie)poprawnego romantyzmu. I wcale nie czuję się z tego powodu słaba czy zawstydzona. Twardy tyłek i szczypta racjonalizmu nadal mi towarzyszą, może nawet bardziej, niż zwykle. Jednak pozwalam sobie na dobre uczucia i nie jest to moją słabością. I szukam słów, które odzwierciedlą mój nastrój.

 

 

i najważniejsze:

 


Muzyka w październiku jest spokojna, lekka i ciężka zarazem. Uspokajająca i rozpalająca od środka. Usypiająca, wprowadzająca w stan 3K: kanapa-kakao-koc.


Książki jakie czytam, są różne. Czasami sięgam po jakąś z zaciekawienia tytułem, czasami okładką, a niekiedy opisem. Sama nie wiem, jak trafiłam na te trzy tytuły. Każda z tych książek jest inna. Ale najbardziej mogę polecić wam 52 tygodnie. To taki książkowy “podlotek”, może zbyt pozytywny i pełen banałów, ale całkiem fajny. Główna bohaterka postanawia, że przez kolejne 52 tygodnie będzie robiła coś nowego i tak pojawiają się takie pomysły jak pisanie listów do najbliższych, gotowanie potraw związanych ze wspomnieniami, spanie na balkonie. Sama zachciałam zrobić taki eksperyment, kto wie co nowego mogłabym odkryć?


Ten miesiąc, a przynajmniej kolejną połowę poświęcę na dbanie o siebie. Chcę się wysypiać, zdrowiej jadać, co wieczór wklepywać krem w twarz powtarzając w głowie “loreal, jesteś tego warta” i pozwalać sobie na wiele przyjemności. Najlepiej idzie mi z jedzeniem, więc uzbrojona w pudełko z pyszną sałatką (z awokado i kurczakiem), jadę do pracy. A jaki jest wasz październik?

Udanego dnia!

P.

 
Życie

Droga pani, nie ma na to leku.

16 September 2017

Pomyśl o uczuciu wstydu. To uczucie, które w nadmiernym nasileniu niszczy Ci życie. Wstyd sprawia, że ciągle porównujesz się do innych. Wciąż czujesz się gorsza, zawstydzona i podatna na zranienia. Wtedy zaczynasz szukać sposobu na to, żeby poczuć się kimś wyjątkowym. Szukasz aprobaty, wewnętrznej gratyfikacji i czegoś co sprawi, że poczujesz się ponadprzeciętnie. Chcesz być dostrzegana, chcesz poczuć troskę, chcesz uwagi.

Niszczysz się. Próbujesz nowych związków, nowych doznań, nowej pracy, nowego hobby. Wszystkiego co podniesie cię na duchu choć na moment. Wszystkiego co sprawi, że dostaniesz zastrzyku adrenaliny. Wszystkiego co zadziała jak uszczypnięcie. Wszystkiego co mogłoby sprawić, że będziesz czuła się jak ktoś lepszy i ważny.

Czujesz, że jest w tobie coś złego. Coś destrukcyjnego. Czujesz, że nie potrafisz sprostać własnym standardom. Chciałabyś już przestać myśleć, że jesteś do niczego, że nikt cię nie pokocha, że nic ci się nie uda, że jeśli pozwolisz się komuś zbliżyć do siebie, to na pewno cię opuści. Nie opuszczasz gardy.

Nie troszczysz się o siebie.

Oczekujesz samych niepowodzeń, bezwiednie je prowokujesz by potrzymać uczucie spójności.

Jesteś bezradna. Ignorujesz zagrożenia. Brakuje ci samoochrony. Redukujesz myślenie do “tu i teraz” i nie dostrzegasz konsekwencji ryzykownych zachowań. Szukasz sytuacji, które potwierdzą to wszystko co o sobie myślisz. Masz w środku wewnętrznego zdrajcę. Żyjesz źle, jadasz źle, sypiasz źle. Powtarzasz wciąż te same błędy.

Robisz tak nie dlatego, że tak wybierasz, chcesz, planujesz i dobrze ci z tym. Robisz tak, bo uważasz, że to dla ciebie jedyna możliwa droga. Najlepsza droga. Na tę drogę zasługujesz.

Potrafisz wyciągnąć z kieszeni wachlarz racjonalnych uzasadnień, które odpowiadają na wszystkie trudne pytania – dlaczego żyjesz tak jak żyjesz, dlaczego nie uczysz się na błędach, dlaczego nie masz do siebie zaufania, dlaczego nie pozwalasz nikomu się do siebie zbliżyć.

“W tym momencie, w którym rodzisz się na nowo, jest zarówno radość narodzin, jak i smutek umierania. Różne strategie obronne, które gwarantują nam bezpieczeństwo w dzieciństwie, budują naszą samotność w dorosłości. I te strategie muszą umrzeć, jeśli mamy sobie pozwolić na to aby dotykała nas miłość. Kiedy ten moment następuje, kiedy czujesz się kochany, powracają wszystkie bolesne wspomnienia sytuacji, w których te obronne strategie były ci niezbędne, za tymi wspomnieniami podąża żałoba po wszystkim, co utraciłeś.” – Jon Frederickson

Wiem, że znasz wszystkie manewry obronne na pamięć. Wiem, że sądzisz, że nie zasługujesz na więcej, że jest ci dobrze i bezpiecznie. Pozornie. Wiem, że udajesz, że nie dostrzegasz tego, że sama się niszczysz. Sama robisz sobie krzywdę. Nie dopuszczasz do siebie innych, nie dopuszczasz dobrych myśli. Masz na twarzy przyklejony uśmiech. Ludzie mają cię za wesołą, pogodną, pozytywną. Jesteś tą zabawną, która zawsze czuje się dobrze w towarzystwie, która ma coś do powiedzenia na wiele tematów, która wydaje się “spoko”. A co masz w środku? Czujesz się jak zgniłe jabłko, piękne z zewnątrz, ale obrzydliwe w środku.

Szukasz lekarstwa. W ludziach, w chwilach, w sytuacjach, w alkoholu, u psychiatry. Żyjesz skrajnościami. Jesteś albo na szczycie albo na dnie. Nigdy nie ma nic pomiędzy.

Chcesz innego życia, ale nie dajesz sobie szansy. Szukasz jej u innych, ale wciąż z tyłu głowy myślisz – nie stać mnie na ciebie, zobacz jaka jestem beznadziejna. Myślisz, że nie zasługujesz na spokój i stale czekasz, aż coś się spieprzy. Milion osób mówi ci, że jesteś piękna, dobra, mądra. Te słowa są tylko chwilowym pogłaskaniem. Ty tego nie widzisz i nie zobaczysz, dopóki sama w sobie tego nie odkryjesz. Sama musisz poczuć się ze sobą dobrze i dopiero wtedy ktoś inny będzie mógł poczuć się tak z tobą.

 

Nie chcę już niczego, tylko być w zupełnej zgodzie ze sobą. Nie pragnę żadnych nadzwyczajności. Być sobą, tylko tym, czym się jest naprawdę. Nie tworzyć tych kłamliwych sobowtórów w obcych sobie sferach ducha.

Nic się samo nie zmieni. Nie możesz czekać, aż świat dostosuje się do ciebie. Nie możesz myśleć, że jakoś to będzie i jesteś skazana na życie w zawieszeniu między tym kim jesteś, a kim chciałabyś być. Musisz wszystko uporządkować. Musisz zdecydować się, czego chcesz się trzymać. Musisz wiedzieć, co trwa, a co przeminęło, a czego nigdy nie było. I musisz sobie pewne rzeczy odpuścić. W każdej chwili możesz wyciągnąć wnioski. W każdej chwili możesz zacząć uczyć się na błędach. W każdej chwili możesz przepracować to, czego w sobie nie lubisz. W każdej chwili możesz otworzyć się na siebie, ludzi i dobre doświadczenia.

 

W każdej chwili możesz zacząć od nowa.

 

 


z dedykacją dla Mani, najlepszej krawcowej myśli.

 
Babskie sprawy, Zdrowie

Jak wytrzymać na diecie?

27 February 2017

Zacznijmy od tego, że dieta to nie tortury. Nie trzeba jeść liścia sałaty na obiad i pół pomidora na śniadanie. Nie trzeba nawet liczyć kalorii i zmuszać się do jedzenia owsianki na wodzie. Znalezienie informacji odnośnie tego jak schudnąć, co i ile jeść, a także co ćwiczyć nie jest teraz trudne. Często jednak można trafić też na takie, które mogą być szkodliwe. Dieta Dukana, Kopenhaska i inne, które polegają na wykluczeniu wielu składników albo na bardzo drastycznym obcięciu kalorii nigdy nie przyniosą dobrego skutku. Osobnym tematem są posty zdrowotne (np. post dr Dąbrowskiej), ale o nich nie tym razem. Najlepszym sposobem, jest traktowanie diety jako nowego stylu odżywiania, który będzie nam towarzyszył przez resztę życia.

Powoli, małymi krokami można wprowadzać zmiany, wykluczać produkty, które nam szkodzą albo takie, które po prostu nic do naszego żywienia nie wnoszą. Jesteśmy tylko ludźmi i każdy może od czasu do czasu zjeść coś mniej zdrowego, niż zakłada dieta, ale umówmy się – umiar to słowo klucz. Jeśli czipsy, to raz na jakiś czas, a nie co drugi dzień do serialu.

Na diecie jestem już od dłuższego czasu, z sukcesami i porażkami, ale z wszystkiego wyciągam wnioski. Mam już też kilka sprawdzonych patentów na to jak sobie pomóc ułatwić bycie na diecie.


1.  Wyrób sobie nowe, zdrowe nawyki. 

Kiedyś, moje pierwsze kroki po przebudzeniu kierowałam w stronę czajnika. Kawa to była podstawa. Teraz dzień zaczynam ciepłą wodą z cytryną i imbirem. Jeśli macie rowerek stacjonarny albo orbitreka, a do tego lubicie oglądać seriale, to możecie połączyć jedno i drugie i jeżdżąc na rowerku oglądać. Netflix + rowerek to ostatnio moje ulubione połączenie i staram się oglądać seriale tylko wtedy gdy coś robię i tym sposobem wyszłam z serialami z łóżka, a oglądam jeżdżąc, gotując i myjąc naczynia. Innym zdrowym nawykiem może być też pójście do pracy na piechotę, a jeśli jeździcie komunikacją miejską, to możecie wyjść przystanek wcześniej i przejść się.

2. Pozbądź się wszystkiego, czego nie chcesz jeść na diecie`

Opróżnij szafki z czipsów, czekolad, przekąsek i wszystkich innych produktów, których nie chcesz jeść. Ja funkcjonuję tak, że jak mam, to zjem, a jak nie mam, to jest mi dużo łatwiej przezwyciężyć pragnienie zjedzenia czegoś czego raczej nie powinnam i co mi nie służy. Jest małe prawdopodobieństwo, że jeśli zachce mi się czipsów, to pójdę do sklepu je kupić.

3. Plan posiłków

To jest w zasadzie podstawa. Dobry plan pozwala wytrwać i jest bardzo dużym ułatwieniem. Dzięki temu, że mam plan, to wiem co zjem jutro, pojutrze i za kilka dni. Teoretycznie nic nie powinno mnie zaskoczyć, bo wszystko można sobie przygotować wcześniej. Jak jest plan, to nie ma miejsca na jakieś przypadkowe posiłki. Po dobry plan, najlepiej zgłosić się do dietetyka. Zwłaszcza, jeśli nie mamy wiedzy odnośnie odżywiania i do tej pory było ono bardzo przypadkowe.

4. Lista zakupów

Ten punkt ściśle wiąże się z poprzednim. Robienie zakupów “na pałę” nigdy się nie opłaca. Zawsze do sklepowego koszyka wpadają rzeczy, które nie powinny się tam znaleźć. A tu dodatkowa paczka kiełbasy, czekolada w promocji, dwie cukinie więcej, a bo może w końcu zrobię te ciasto z cukinii, które zawsze chciałam zrobić itp itd. Lista zakupów może nie jest jakimś magicznym łańcuchem, który zatrzymuje nas, gdy chcemy sięgnąć po coś co nie znajduje się na liście, ale naprawdę bardzo pomaga ograniczyć nieplanowane zakupy. A co za tym idzie – pomaga ograniczyć dodatkowe produkty, których na diecie chcemy uniknąć.

5. Pij wodę

Na diecie, a przynajmniej na początku zmiany nawyków trzeba się troszkę oszukiwać. Woda, oprócz tego, że jest niezbędna przy wszystkich procesach naszego organizmu, to pozwala też trochę zmylić nasz mózg i żołądek. Nie jest to sposób idealny, ale w przypadku dużej chęci zjedzenia czegoś (nie mylić z głodem) szklanka wody z cytryną robi dużą robotę. Jeśli macie problem z pamiętaniem o piciu wody, to mogą w tym pomóc aplikacje na telefon. Kiedyś sama takiej używałam, ale z czasem już po prostu przestałam jej potrzebować. Najbardziej lubię pić wodę ze szklanki. Gdy pracuję, to stawiam sobie przy komputerze 1,5 l dzbanek z wodą (np. z imbirem i cytryną) i napełniam szklankę. A jak już ją opróżniam, to napełniam znowu. I tak w ciągu dnia, wypijam przynajmniej 2 litry wody, a w przypadku dnia treningowego, to ponad 3 litry, bo cały jeden litr wypijam w trakcie ćwiczeń. Woda jest ważna i nie można o niej zapominać.

6. Prowadź szczery dziennik żywienia

Dziennik, to nie tylko pamiętniczek, któremu możesz się zwierzyć, że zjadłaś nadprogramowy kawałek sernika. To coś, co może Cię uświadomić gdzie i jakie błędy w żywieniu popełniasz. Kiedyś, gdy nie zwracałam uwagi na to co i ile jem, wydawało mi się, że w sumie to jem całkiem niewiele. Mój mózg jakoś usuwał wszystkie drobiazgi, które zjadłam takie jak garść czipsów, kawałek kiełbasy z lodówki, niedokończony obiad mojego syna, cukierek i inne tego typu rzeczy. Ale jak to się mówi – ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka. Jeśli nie pilnujesz tego co zjadasz w ciągu dnia, to spróbuj przez najbliższe 3 dni zapisywać wszystko co wkładasz do ust. Każdego cukierka, ziemniaczka, kanapkę, jabłko, dwie kostki czekolady – dosłownie wszystko (w takich podsumowaniach szczególnie szokujące bywają weekendy). Po tych trzech dniach zrób podsumowanie, oszacuj kaloryczność, zastanów się czy jesz zdrowo czy raczej śmieciowo. Takie podsumowanie może otworzyć oczy i być dobrym startem.

7. Motywuj się wraz z innymi. 

Kilka lat temu byłam dość aktywna na forum jednego z dietetycznych portali. Miałam tam moje odchudzające się koleżanki i sama prowadziłam dziennik odchudzania. Teraz najbardziej aktywna jestem na grupie I wish I was Beyonce, którą założyłam 1,5 roku temu. Zebrało się tam całkiem niezłe grono świetnych babek. Motywujemy się, gadamy o babskich sprawach, dzielimy pomysłami na zdrowe posiłki i robimy wszystko to, co robią koleżanki. Jeśli potrzebujesz motywacji – zajrzyj! Bijonski przyjmują wszystkich z otwartymi ramionami!

8. Zrób sobie cheat meal

Czasami trzeba dać sobie na luz. Dziś wyrwiesz sobie wszystkie włosy z głowy, ale nie zjesz kawałka sernika, a jutro ta chęć będzie tak silna, że zjesz pięć kawałków. I po co? Masz ochotę na ten sernik, to go zjedz. Od kawałka ciasta jeszcze nikt nie przytył. Za to od kawałka ciasta codziennie już raczej tak.

9. Czy o niczym nie zapomniałaś?

Pamiętaj, że sukces diety, to nie tylko zrzucone kilogramy. To także dobre nawyki, które mogą zostać z Tobą na dłużej, to więcej energii, lepsze samopoczucie, ładniejsza cera i wiele innych pozytywów. Nie traktuj diety, jak wojny przeciwko sobie. Z doświadczenia wiem, że z nienawiści do siebie nie może przyjść nic dobrego. Najważniejsze, to uświadomić sobie swoje potrzeby, a jedną z tych potrzeb może być po prostu chęć zdrowszego życia. Zadbaj o siebie na wszystkich płaszczyznach – przebadaj się, sprawdź czy za Twoją wagą nie stoi jakaś choroba albo inny zdrowotny problem. A może to nie kwestia funkcjonowania organizmu, a głowy? Psycholog to też dobry pomysł na wsparcie na drodze odchudzania.


Jeśli macie jakieś swoje sprawdzone patenty na przetrwanie na diecie, to chętnie je poznam, piszcie śmiało!

 
Kuchnia, Lifestyle, Zdrowie

Detoks Cukrowy 2017

4 January 2017

Przyszedł styczeń, a wraz z nim Noworoczny Detoks Cukrowy organizowany przez Kasię z Cook It Lean. Po ostatniej, zeszłorocznej próbie, którą przeszłam w całości bez większych problemów i z sukcesem, postanowiłam w tym roku również spróbować swoich sił i ograniczyć węgle do końca tego miesiąca, aby jeszcze bardziej poprawić swoje nawyki.

Podsumowanie zeszłorocznego Detoksu możecie znaleźć pod tym wpisem, ale przypomnę jeszcze raz co nie co. Detoks służy po to, aby spróbować odzwyczaić się od słodyczy, dlatego przez ten czas odrzucamy nie tylko cukier, którym słodzimy herbatę, ale również nie zastępujemy go żadnymi innymi słodzikami, ksylitolem, miodem itd. Nie jadamy też zdrowych słodyczy, ani innych nadmiernie węglowodanowych przekąsek po prostu staramy się odciągnąć nasze myśli od słodkiego, a także uczymy się odróżniać prawdziwy głód od zwykłej chęci na zjedzenie czegokolwiek.

Ubiegły detoks bardzo postawił mnie na nogi, bo gdy w grudniu 2015 ważyłam już prawie 110 kg, to stwierdziłam, że to jest jakaś koszmarna farsa. Czułam się opuchnięta, zmęczona, moja skóra była bardzo przesuszona, brzuch ciągle wzdęty, a w dodatku wyglądałam na kilka lat więcej.

Co się zmieniło przez ostatni rok od Detoksu?

1. Kiedyś nie wyobrażałam sobie śniadania bez chleba, teraz praktycznie go nie jem. Są miesiące, gdy nie jem chleba wcale, a gdy już zjadam, to raczej tylko wtedy, gdy są u nas chlebożerni znajomi lub gdy jestem u rodziny. Tylko czasami nachodzi mnie ochota na chleb z pasztetem 😉 Moje śniadania to głównie dużo warzyw i jajka albo mięso i warzywa, czasami jakieś węgle. Najczęściej jem jajecznicę, omlety, jajka z duszonymi warzywami (np. szakszuka). Lubię też śniadania, które nazywam roboczo “japońskimi”, bo jest to zazwyczaj ryż + jajko/łosoś + rzodkiewka/kiełki/awokado/marchewka/szpinak lub inne warzywa. Do tego czarna kawa i przed śniadaniem szklanka wody z sokiem z cytryny. Uwielbiam ten śniadaniowy styl.

2. Nauczyłam się zwracać większą uwagę na składy produktów. Nie jestem w tym idealna i nie robię tego zawsze, ale w większości zastanawiam się nad tym co kupuję i bardzo ograniczyłam zjadanie śmieciowych produktów. Dzięki detoksowi zauważyłam, że nie służy mi gluten i niestety za każdym razem jak sobie poluzuję, to potem cierpi moja skóra. Niestety nie umiem całkowicie z niego zrezygnować, ale staram się go mocno ograniczać. Czasami daję na luz i ze smakiem zjadam pizzę czy kanapkę Drwala z Maka.

3. Pokochałam domowe mleko kokosowe i robię je regularnie, a gdy potrzebuję na “już”, to po prostu podgrzewam wiórki, mielę i od razu odciskam. Nauczyłam się też jadać takie zdrowsze wersje deserów (to już po detoksie). Przez cały ostatni detoks chodziło za mną brownie z batatów z wiśniami. O dziwo, to właśnie na taki zdrowszy wypiek miałam najbardziej ochotę, a nie na sklepowe słodycze, ciastka, czy wafelki.

jestem paleo, elo.

Czy teraz już jestem paleo i jem mięso mamutów? No nie, nie jem paleo w 100%, ale ten styl żywienia jest mi bardzo bliski i jak do tej pory najbardziej podoba mi się ze wszystkich diet, z którymi miałam w życiu styczność. Detoks mnie wiele nauczył, w tym roku jestem już bogatsza o wolnowar, więc mam zamiar trochę poszaleć z mięsiwami i jakimiś fajnymi gulaszami. No i mam nadzieję, że wytrzymam cały ten czas, który sobie założyłam, bo pełną parą zaczęłam już wczoraj, a skończyć chcę ostatniego dnia miesiąca, więc to trochę ponad 3 tygodnie.

Tak jak w zeszłym roku zachęcam was do wzięcia udziału, o ile czujecie, że to coś dla was, bo wiem, że nie każdy jest w stanie zrezygnować ze wszystkich produktów. Ale jeśli tylko dokładnie przeczytacie zasady, zapoznacie się z listą produktów, które można jeść, przejrzycie blogi, poczytacie wpisy, to na serio okaże się, że to nie jest takie straszne i trudne jak się wydaje. Bo tak naprawdę w detoksie chodzi o to, żeby po prostu jeść zdrowo, dobrze i nie zapychać się węglami. Odsyłam was do bloga Cook It Lean – tam znajdziecie wszystkie ważne informacje i odpowiedzi na pytania.

WYDARZENIE NA FB:

 

 
Kuchnia, Kulinaria, Zdrowie

Jak skomponować zdrowy obiad?

30 October 2016

Częstym problemem i pytaniem, które pojawia się w głowach gotujących osób jest – co zrobić na obiad? Szczególnie na diecie, która zazwyczaj kojarzy się tylko z jednym daniem – piersią z kurczaka z ryżem. Oczywiście rzeczywistość jest nieco inna, nie samym kurczakiem na diecie się żyje. Tak samo jak ryż, to nie jedyne węglowodany, które można jeść. Nie wspominając już o warzywnych dodatkach.

Aby ułatwić sobie wymyślanie codziennych obiadów z produktów, które jadam na co dzień (a przypominam tylko, że jestem na redukcji) postanowiłam zrobić coś w rodzaju prostego kompozytora posiłków. Często nie wiemy co zrobić na obiad, bo:

A) nie wiemy jakie produkty połączyć ze sobą

B) nie planujemy posiłków wcześniej

C) a w związku z punktem B – nie robimy przemyślanych zakupów

Gdy nie planowałam posiłków, to robiąc zakupy w sklepie myślałam na bieżąco co mogłabym ugotować i według tego co akurat wpadło mi do głowy pakowałam produkty do wózka. Ten sposób generował nie tylko większy koszt zakupów, gdyż często brałam produkty, które nie były mi potrzebne, ale również większe marnowanie jedzenia, bo kupowałam rzeczy, których nie zdążyłam ugotować – np. mięso traciło termin ważności, warzywa gniły itd.

Odkąd jestem na diecie, wiem z wyprzedzeniem co będę jadła jutro, pojutrze, za 3 dni, a nawet za tydzień. Od Przemka, mojego trenera dostałam tylko jeden tygodniowy jadłospis, który stosuję już prawie 7 tygodni. Mimo tego, moje obiady prawie zawsze wyglądają inaczej (poza tymi, które z wygody robię na większą ilość dni). Bo tak naprawdę na diecie nie potrzeba konkretnych przepisów na skomplikowane dania, wystarczą komponenty, które można wymieniać i dowolnie dobierać między sobą.  Te 7 tygodni, to jest mój dietetyczy rekord – jeszcze tak długo na diecie nie byłam nigdy. Nigdy też nie czułam się tak świetnie jak teraz, w stosunku do mojego jadłospisu, który jest prosty i rozsądny zarazem, a do tego budzący we mnie kreatywność.

The most successful diet plan is the one you’ll actually follow.

To jedno powyższe zdanie doskonale opisuje mój obecny sposób odżywiania. Sukces odchudzania, to nie tylko chęci i motywacja, ale także podejście, wiedza i doświadczenie dietetyka, do którego trafiacie. A zatem chciałabym się z Wami podzielić uniwersalnym sposobem na tworzenie obiadów. Dzięki niemu możecie sami stworzyć sobie idealny dla siebie plan na cały tydzień – sprawdzi się on nie tylko na diecie, ale także dla każdego, komu brakuje pomysłów na posiłki, a także regularności i planowania jadłospisu.

Po pierwsze: wybierz mięso i metodę przygotowania go.

meat

Mięso dzielimy na 3 kategorie: chude, średnio tłuste i tłuste. W zależności od tego, czego potrzebujecie czy na co macie akurat ochotę. W niektórych rodzajach mięsa, ilość tłuszczu można ocenić od razu przy zakupie – widać, czy szynka jest bardzo obrośnięta w tłuszcz czy nie. Przed przygotowaniem go, można również niektóre tłuste kawałki po prostu wyciąć, ale to już zależy od potrzeb i preferencji.

Pierwszy krok przy przygotowywaniu obiadu, to wybór mięsa, a do wyboru mamy m.in:

  1. Mięsa chude: pierś z kurczaka, pierś z indyka, polędwica wieprzowa, polędwica wołowa, szynka wieprzowa (jeśli nie ma dużo tłuszczu), ale także ryby takie jak pstrąg, dorsz, morszczuk, sandacz. Odnośnie ryb polecam przeczytać poradnik, które ryby i w jakim okresie powinno się kupować.
  2. Mięsa średnio tłuste: udka i nóżki z kurczaka, mniej tłusta wieprzowina: np. schab
  3. Mięsa tłuste: boczek, karkówka wieprzowa, łopatka wieprzowa, antrykot wołowy, a także mięso kaczki i gęsi. Z ryb tłusty będzie łosoś, makrela, halibut, karp.

Gdy już wybierzesz mięso, to dopasuj do niego metodę przygotowania. Praktycznie każdy rodzaj mięsa można przygotować na wiele różnych sposobów. Najzdrowsze metody to pieczenie, gotowanie zwykłe oraz na parze. Smażenie również będzie dobrym wyborem, o ile ograniczymy panierki i nie będziemy smażyć na ogromnej ilości tłuszczu. Ja zazwyczaj gotuję w garnku albo w wolnowarze, piekę lub smażę na suchej patelni.

Po drugie: dobierz warzywa

vegetables

Po wybraniu mięsa na obiad, czas na dobranie warzyw, bo wiadomo, że rozsądnie skomponowany obiad, to ten, w którym znajdują się wszystkie potrzebne nam składniki odżywcze, a warzywa mają ich dość sporo. Dobierając warzywa warto pamiętać o sezonowości, czyli o tych warzywach, które pojawiają się w konkretnych porach roku. Jesienią najsmaczniejsze będą warzywa kapustne i korzeniowe, zimą kiszonki, latem będą to np. pomidory i świeże ogórki, a późną wiosną nowalijki. Znam takich, co w ogóle nie chcą jeść warzyw, dlatego też najlepiej jeść po prostu te, które się lubi, choćby był z mrożonki – ale jeśli już mrożone, to niech to będzie jakaś dobra firma, albo warzywa, które sami zamroziliśmy.

Gdy przygotowuję obiad, to staram się dobierać nie więcej jak 2-3 rodzaje warzyw. Najwięcej w moich obiadach jest warzyw surowych i kiszonych, a później pojawiają się warzywa gotowane, duszone oraz pieczone. Prawie każde warzywo można zamienić w surówkę lub ugotować. Niektóre warzywa świetnie sprawdzą się w potrawach jednogarnkowych np. gulaszach, tak samo mięsa pieczone na jednej blaszce razem z warzywami. A jeśli wolisz warzywa surowe, to zrób surówkę lub sałatkę, albo podaj warzywa kiszone w całości np. ogórki.

Po trzecie: dodatki do warzyw

sos

Każdej surówce, surowym warzywom, czy gotowanym możemy dodać smaku poprzez dodanie jakiegoś sosu albo dressingu. Jeśli nie chcemy dodawać do dania zbędnych kalorii, to proponuję omijać tłuste majonezy czy mączne zagęszczacze. Do surówek polecam dressing musztardowo-cytrynowy, do sałatek sos na bazie jogurtu, a aby zagęścić gulasz wystarczy dodać trochę zmiksowanych ugotowanych lub upieczonych warzyw i trochę przecieru pomidorowego. Jeśli chodzi o jogurty, to nigdy nie wybieram tych “fit”, każdy odtłuszczony produkt będzie zawsze bardziej przetworzony, niż pełnotłusty.

Moje ulubione sosy:

  • do surówek: musztarda + sok z cytryny+ oliwa lub woda + świeży czosnek, sól i pieprz
  • do sałatek: jogurt naturalny + świeży koperek + sól i pieprz
  • do gulaszów: pomidor, papryka, cebula, czosnek + zioła i przyprawy – upieczone i zmiksowane

Po czwarte: “zjedz chociaż mięsko, ziemniaczki zostaw”, czyli węglowodany

carbs

Na koniec procedury obiadowej dobieramy węglowodany. Ja zazwyczaj jem ziemniaki (zwykłe lub słodkie), ryż lub makaron ryżowy. Ostatnio rzadziej jem kaszę, a z pszenicy zrezygnowałam w ogóle. Dobrze jest pamiętać o tym, że np. ziemniaki lub makaron im bardziej są rozgotowane, tym większy mają indeks glikemiczny, a wysoki IG wiąże się z gwałtownym skokiem glikemii (poziomu cukru) oraz dużym wyrzutem insuliny. To powoduje, że cukier obniża się równie gwałtownie, a my znowu stajemy się głodni – to jest często powodem podjadania między posiłkami, albo takiego uczucia ponownego głodu niedługo po zjedzeniu solidnego obiadu.

Dlatego z węglami tak jak ze wszystkim – z umiarem i bez przesady. Lepiej będzie zjeść upieczone ziemniaki, niż puree, makaron al dente, niż rozgotowany itd.

Rodzaj węgli można dobierać do reszty intencjonalnie, czyli według gustu i upodobań. Są takie połączenia, które zawsze świetnie się sprawdzają np.

gulasz + kasza

kurczak na ostro + ryż

mielone w sosie pomidorowym + makaron

pieczone udka + pieczone ziemniaki

Możliwości jest wiele i warto próbować różnych połączeń. Tak samo jeśli chodzi o mięso czy warzywne dodatki.

PODSUMOWUJĄC – TL;DR

  1. Zrób listę ulubionych mięs, układając plan obiadów na tydzień wybierz 2-4 z nich i metody, w jaki przygotujesz wybrane mięso.
  2. Dobierz do nich warzywa, bez kombinowania. Obiad nie musi być trudny, wykwintny i zajmujący dużo czasu – zwłaszcza jeśli na co dzień dużo pracujesz albo po prostu nie masz ochoty spędzać całego dnia w kuchni.
  3. Do tego co powstanie dodaj ziemniaki, kaszę albo makaron – co tylko lubisz.

Przykład:

Mięso + metoda:

  • Pieczone udka – 2 dni
  • Smażona pierś – 2 dni
  • Duszona łopatka – 3 dni

Dodatki:

  • Do udek: surówka ze świeżej kapusty
  • Do piersi: gotowany brokuł z marchewką i porem
  • Do łopatki: kiszona kapusta

Węgle:

  • Do udek: pieczone ziemniaki
  • Do piersi: makaron ryżowy
  • Do łopatki: kasza gryczana

I tyle – plan obiadów gotowy. Wystarczy zamienić to na listę zakupów, wprowadzić w życie i skończyć z przypadkowymi posiłkami.

 
Babskie sprawy, Lifestyle, Sport, Zdrowie

Halo świecie, jestem na diecie! (od miesiąca)

19 October 2016

Od zawsze powtarzam, że to mój wewnętrzny pech, czarny kot przebiegający mi drogę i te lusterko zbite kilka lat temu. Może jeszcze fatum i przekleństwo jakieś – to wszystko powoduje moje nieszczęścia. Wszystko co powiem na głos, każdy największy plan upada, gdy tylko podzielę się nim ze światem. I zawsze tak sobie tłumaczyłam moje dietetyczne porażki, to że na diecie potrafiłam wytrzymać tydzień, no góra dwa i kończyłam niepowodzeniem. Z łyżką w słoiku nutelli i ręką w paczce czipsów…

…na kilka miesięcy, po których miałam kolejny zryw, że oto ja, Paulina Wnuk, uroczyście oświadczam, że teraz będę odchudzać się tak na serio. SERIO, SERIO. Biorę się w garść, dietka, wszystko fit, hasztagi #healthyeating na Instagramie, nowe dresy, nastawienie, wizualizacja, że już zaraz będę mogła pokazać przed i po i wszystkim opadną szczęki.

0b1c5813d4443332a34fde2aa17c14dc_original

No ale nie. Góra dwa tygodnie i przychodzi kryzys. Czipsy, pizza, dwa drinki. A nie, dwa to za mało, jeszcze dwa. Czekolada w promocji? Żal nie skorzystać. Ptasie mleczko? Dawno nie jadłam, zjem rządek, albo pięterko. Dieta? Jaka dieta? Po co mi dieta? Przecież jestem fajna, ładna, lubię siebie, inni mnie lubią, na co mi ta dieta?

pizza

fdfsdf

Nie tędy droga

Ostatni zryw miałam ponad rok temu. Wtedy napisałam na blogu, że będę się odchudzać, zrobiłam podsumowanie dwóch tygodni, założyłam grupę motywacyjną (pozdrawiam moje Duperki z grupy! :* ). Naprawdę myślałam, że może mi się udać, ale poddałam się. Nie walczyłam. Po prostu wzruszyłam ramionami i stwierdziłam – no trudno, już nigdy nie schudnę i do końca życia będę smutną grubaską z buzią brudną od nutelli.

W grudniu zachorował Tymek, a to przeorganizowało nam trochę życie i jedzenie, choć też nie całkiem. Już pod koniec grudnia wiedziałam, że w styczniu chcę zrobić Detoks Cukrowy. Od dłuższego czasu byłam na grupie Czystożerców i nawet nie chodziło mi wtedy o schudnięcie, a o uregulowanie się, o odstawienie śmieciowego jedzenia i wywalenia cukru. Wtedy udało mi się przez 21 dni utrzymać założenia detoksu. Poczułam się super. Potem to zawaliłam, bo znowu rzuciłam się na pizze, słodycze i inne, ale jednak trochę zostało mi w głowie i wiedziałam już więcej na temat tego co mi szkodzi i bez czego czuję się lepiej.

Zaczęłam też trochę biegać, w sumie to maszerować i biegać. Nie traktowałam tego poważnie, raczej chciałam dzięki temu poprawić trochę kondycję, nabrać więcej energii, poczuć się lepiej. Dalej bez żadnej diety i ciśnienia.

W czerwcu przebadałam się od A do Z, zaczęłam nową dietę, która niestety zupełnie mi nie podpasowała, a że był wakacje, to już odpuściłam do końca sierpnia, a we wrześniu stwierdziłam, że teraz to ja już mam dosyć eksperymentów i pójdę do specjalisty.

tumblr_inline_mi162nuqzx1qz4rgp

I tak trafiłam do Przemysława Kozaka (którego większość zna z ksywki Koniu151) już od dawna obserwowałam na FB, a od mojego chłopaka, Karola,  dowiedziałam się, że to kozak nie tylko z nazwiska, więc stwierdziłam – spróbujmy.

Karol wie, jaka jestem marudna. Byłam już na wielu dietach i nigdy nie było tak, żeby wszystko mi pasowało. W zasadzie to każda z diet zawsze nie pasowała mi tak w około 60-70%. Dietą od Konia byłam zachwycona, bo była naprawdę DOPASOWANA. Nie wciskał mi owsianek, omletów z wheyem, obrzydliwych shake’ów i stosu suplementów. Poprosiłam o takie przepisy, które nie zajmą mi dużo czasu, które będę mogła powtarzać dwa dni pod rząd no i z tych produktów, które lubię. I żeby to były normalne posiłki, nie żadne cuda na kiju. I wszystko, zgodnie z moją prośbą, było takie normalne, jakbym wcale nie była na diecie, a niektórych posiłków to wręcz nie możemy się z Karolem doczekać (bo oboje jesteśmy na tej samej diecie, z innymi ilościami). Pierwszy dietetyk-trener, który naprawdę ogarnia, jest na bieżąco, nie wciska kitów, nie jest szalonym fitnesiakiem i ma normalne podejście.

giphy

Zawsze mi się wydawało, że dieta to musi być taka super wypasiona, co tydzień inny zestaw posiłków, zupki, owsianki, budynie jaglane i inne super hipsterskie rzeczy, ale podświadomie miałam już dosyć komplikacji, trudnych przepisów, przez które spędzałam przy garach cały dzień. I to tylko po to, żeby zjeść tego fikuśnego liścia sałaty z grillowaną piersią indyka w glazurze z powietrza. I tak 5 razy dziennie.

Teraz jem 3 razy dziennie i mam wszystko w nosie. Zdarzają mi się słabsze dni, gdy nie chce mi się pójść na trening, czy gdy mam ochotę zjeść coś czego nie powinnam. Ale mówię sobie, no trudno, zdarzyło się. Nie padam na kolana, nie płaczę, że to już koniec. Zawaliłam, ale lecę dalej.  Jestem zaangażowana, bo chcę schudnąć, czuć się lepiej. A przede wszystkim, nie chcę za 20 lat trafić na oddział diabetologii, albo skończyć z zawałem. Bo otyłość to choroba, a choroby się leczy.

A więc leczę się już od miesiąca. Jest nieźle.


 Zobacz też:


Klasycznie – zapraszam na grupę wszystkich, którzy potrzebują dawki motywacji, kopniaków i pomysłów na to jak ruszyć tyłek.

hey-holets-go-1

 
Babskie sprawy, Lifestyle, Zdrowie

Before and after – szybka droga do bycia wielorybem

30 September 2016

Codziennie, no dobra, może nie codziennie przed snem przeglądam Instagram i oglądam co kryje się pod hasztagami #beforeandafter #weightlosstransformation i kilka innych tego typu. Oglądam, przecieram oczy, uśmiecham się i… nie widzę siebie takiej. Nie umiem zwizualizować sobie jak mogłabym wyglądać, gdybym była szczuplejsza. A przecież ja nie zawsze byłam tak gruba, serio.

Dlatego chciałam Wam dziś pokazać moje własne #BeforeAndAfter i #WeightGainTransformation. Jak to zrobiłam? Jak zamieniłam się w małej wielkości słonika?

c_z5er

 

Żarłam oczywiście, no bo jak inaczej? Jak widać na powyższym gifie, który powstał ze zdjęć z 2010 roku, radośnie zjadam bułeczkę, otwierając sobie tym samym drogę do królestwa zagłady, zwanym inaczej nadwagą i otyłością. Nigdy nie byłam chuda czy szczupła, ale miałam przynajmniej bardziej ludzki kształt, niż teraz. A wtedy mi się wydawało, że jestem taka gruba i o matko bosko, gorzej już być nie może. Nie może? Tak sądzisz? No to ja Ci pokażę – tak zdaje się pomyślał mój organizm i postanowił sprawdzić moje możliwości. Przysięgam, nawet nie wiem kiedy to się stało.

Chciałabym być tak gruba jak wtedy, gdy pierwszy raz pomyślałam, że jestem gruba.

 

gif_hate_rmonings

I teraz, gdy tak sobie siedzę nad sałatką i marzę, aby okazało się, że smakuje jak masło orzechowe, kurczak w panierce i czekolada, to myślę, że decyzja o diecie była jedną z lepszych życiowych wyborów. Oczywiście, helou, to dopiero trzeci tydzień i jeszcze wszystko może się zdarzyć. Może rzucę wszystko i postanowię otworzyć fabrykę czekolady, a potem do końca życia pozostanę smutną grubaską kąpiącą się w nutelli, ale jednak mam szczerą nadzieję, że nie.

Znalazłam nawet dziś w internecie, w sklepie o bardzo psychologicznej nazwie – GuiltFree, masło orzechowe zero kalorii. ZERO. I już wyobrażałam sobie jak otwieram je, a w moje nozdrza wpada piękny zapach soczystych i tłustych orzechów. I jak zjadam cały słoik, zgodnie z nazwą sklepu, bez grama poczucia winy, a potem… przeczytałam skład tego masła i mi się odechciało. Czaicie, że coś co ktoś nazwał MASŁEM ORZECHOWYM nie ma w sobie nawet grama orzechów, a jedynie ich aromat?

supplements-for-weight-loss-gif-5

Wydałam sobie diagnozę – jestem uzależniona. Od cukru, od tłuszczu, od smaków i zapachów. Miewam chwile obsesyjnego myślenia o jedzeniu i odliczam czas do momentów, gdy będę mogła zjeść coś poza dietą. Coś zakazanego, tłustego, słodkiego. Moment, w którym czekolada rozpuszcza się w ustach, jest momentem wytchnienia, relaksu, odpoczynku, który zaraz potem zamienia się w wyrzuty sumienia i każe obwiniać się w głowie – nie mogłaś się powstrzymać? I po co Ci to było? Warto było dla kawałka czekolady złamać swoje przyrzeczenia? Potajemne wpieprzanie słodyczy nie jest dobrym sposobem na stres. Jedzenie powinno być czystą przyjemnością, a nie czynnością, która powoduje dyskomfort psychiczny i fizyczny. Nie ważne, czy jest to fit sałatka czy kawałek sernika – trzeba jeść to co się lubi. Słowo klucz, to UMIAR. Dwie godziny na siłowni nie dają mi przepustki na zeżarcie całego opakowania ptasiego mleczka. Od dwóch tygodni staram się o tym pamiętać i być dla siebie surowa i dobra jednocześnie. Jutro z okazji rodzinnej uroczystości robię cheat day. Przez moją głowę przebiegła już myśl, że będę jak Kopciuszek – nie opuszczę koryta do północy. Ale nie, nie chcę i nie mogę przegiąć.

collage

Kiedyś byłam trochę smuklejsza i nosiłam na rękach mojego syna, potem jak widzicie przerzuciłam się na noszenie na rękach ciast i wyszło jak wyszło. Tymczasem, mówię Wam dobranoc i idę obejrzeć Jamiego Dornana w nowym sezonie The Fall – ciastko bez kalorii.


Klasycznie – zapraszam na grupę wszystkich, którzy potrzebują dawki motywacji, kopniaków i pomysłów na to jak ruszyć tyłek.

hey-holets-go-1

 
Babskie sprawy, Lifestyle, Sport, Zdrowie

Odchudzanie w wersji beta (testy trwają)

29 September 2016

Od dwóch tygodni jestem testerką siebie i swojej wytrzymałości. Tak, jestem na diecie. Znowu. Nie jest to żadną rewelacją, a kto jest na mojej fejsbukowej grupie, ten wie, że ja przecież odchudzam się cały czas (z przerwami na jedzenie). Pomyślałam sobie jednak, że idzie jesień i już coraz trudniej ruszyć tyłek, lato minęło, a ja znowu nie w formie, więc lepiej się do aktualnego odchudzania przyłożyć.

tumblr_monfp0b76p1su7sauo1_500

Wiem, wiem, że to już kolejny raz, a z każdym kolejnym razem jest coraz trudniej, ale powiedzmy, że postanowiłam podejść do siebie na luzie, dzięki temu przeżyłam ostatnie dwa tygodnie całkiem bezboleśnie i choć nie obyło się bez kilku maleńkich czitów, to cały ten czas oceniam na plus dla siebie.

Postanowiłam pocisnąć, bo o ile kocham siebie miłością absolutną, to mam też w sobie dużo krytyki. Wiem, kiedy muszę powiedzieć stop, zamknąć lodówkę na cztery spusty i wywiesić swoją podobiznę w okolicznych sklepach z podpisem – tej pani słodyczy nie sprzedajemy.

Od jakiegoś czasu usilnie próbuję znaleźć swoje dawne rysy twarzy, bezskutecznie, gdyż moja twarz bardziej przypomina purchawkę, aniżeli lico. Nie wspominając o dupie, która mieści się jedynie w ciuchy uszyte z plandeki na samochód. Mogę sobie pogratulować tego osiągnięcia, ale jak to mówią: widziały gały co brały (a raczej co żarły).

2006-09-07_1157631230kkk

Pan Jan Tomczak z Kijewa prezentuje purchawkę-giganta nazwaną moim imieniem. Jestem wzruszona. / fot. Konrad Wojtyła

Nie ma niczego, na co mogłabym zrzucić winę za swoją wagę.

  • zbadałam swoją tarczycę od A do Z
  • zbadałam siebie całą od A do Z
  • już nie mogę mówić: przytyłam po ciąży! (to był mój ulubiony argument, ale minęło od niej ponad 7 lat)
  • nie mam żadnych hormonalnych problemów
  • nie mam też grubych kości

Niestety, jestem po prostu gruba. W zasadzie to otyła, a otyłość jak wiemy nie jest czymś naturalnym i prowadzi do wielu chorób m.in. cukrzycy typu 2, chorób układu krążenia, niektórych nowotworów i innych cholerstw. Przede wszystkim jednak, otyłość prowadzi do wieczornych płaczów w poduszkę, wyrzutów sumienia po jedzeniu, złego samopoczucia i ogólnego rozbicia. Czy chwilowa przyjemność z żarcia jest tego warta? Fuck no. Czy chudnięcie jest prostym procesem? Nie.

no

Po przetestowaniu chyba wszystkich możliwych sposobów na odchudzanie, od natur house zaczynając, na magicznych chińskich tabletkach kończąc, stwierdziłam, że muszę oddać się w ręce niekwestionowanego specjalisty (kim jest owy specjalista i co to właściwie oznacza napiszę później). Mam za sobą tyle diet i odchudzającego doświadczenia, że już oczywiście nie dam sobie wcisnąć kitu w stylu: nie jedz po 18, kupuj tylko produkty light itd, a nawet mam wrażenie, że mogłabym założyć swój fanpejdż Paulina Wnuk Personal Trainer and Diet Coach, bo doradzanie innym szło mi lepiej, niż stosowanie się do własnych wszystkich porad.

Co ma być (mam schudnąć), to będzie. Tak czuję! Tak więc spodziewajcie się tony motywacyjno-żalących wpisów. Będzie o czitach, słabościach, mocy, treningach, grubej dupie, jedzeniu zajebistym i mniej dobrym. Będę przelewać tu hektolitry potu i tłuszczu.

No to heja!

go


Klasycznie – zapraszam na grupę wszystkich, którzy potrzebują dawki motywacji, kopniaków i pomysłów na to jak ruszyć tyłek.

hey-holets-go-1

 
Dziecko, Kuchnia filmowa, Uncategorized

Parówki w cieście drożdżowym z filmu Angry Birds

23 June 2016

Na filmy animowane chodzę do kina o wiele częściej, niż na inne. Powody są dwa:

A) prowadzę życie wspólnie z 7-letnim osobnikiem płci męskiej

B) sama jestem trochę dużym dzieckiem i uwielbiam oglądać animacje. Z resztą, kto powiedział, że one są tylko dla dzieci?

W przypadku Angry Birds stroną, która bardziej ciągnęła do kina był  Tymek. Ja też lubię te “ptaszki” ale bardziej w wersji wirtualnej (nałogowo gram w mobilne Angry Birds Fight). W filmie, oczywiście nie chodzi o nic innego jak o walkę między ptakami, a świniami. Tym razem, przebiegły król świń wykrada wszystkie jajka ptaków i ucieka z nimi na swoją wyspę. Na pomoc przychodzi nikt inny, jak Red, czyli najbardziej znany z ptaszków.

1_d45a609b06

Początek filmu odrobinę mnie znudził, ale gdy rozpoczęła się akcja, zaczęłam zerkać w stronę kinowego ekranu bardziej aktywnie. W pierwszej połowie filmu rozważałam drzemkę, ale później okazało się, że film jest całkiem fajny i teraz myślę sobie, że z chęcią obejrzałabym go jeszcze raz.

gs2

W Angry Birds, udało mi się dostrzec kilka kulinarnych elementów – kanapkę Reda, drinka w kokosie i rogaliki z kiełbaskami, które zjada Chuck na imprezie. I właśnie te rogaliki, a właściwie bułeczki postanowiłam przygotować. Raz na jakiś czas robimy takie parówki w cieście i jest to bardzo fajny pomysł na imprezową albo piknikową przekąskę. Dla przeciwników parówek proponuję opcję z kiełbaskami, np. frankfurterkami.

IMG_6745

Składniki:

na 30-40 rogalików

  • 20 g świeżych drożdży
  • 1/3 szklanki oleju lub oliwy z oliwek
  • ok. 400 g mąki pszennej (ok. 2,5 szklanki)
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru
  • 2 jajka
  • 3/4 szklanki letniej wody
  • do posypania: sezam, czarnuszka
  • ok. 20 parówek

collage

Przygotowanie:

  1. Do dużej miski włóż pokruszone drożdże, zasyp je cukrem i dolej 4-5 łyżek letniej wody. Wymieszaj dokładnie, aż do rozpuszczenia drożdży.
  2. Dodaj mąkę, sól, jedno jajko i olej. Wszystkie składniki dokładnie wymieszaj i wyrób z nich gładkie ciasto. Pamiętaj, że każdy gatunek mąki inaczej chłonie wodę, więc jeśli ciasto będzie zbyt rzadkie, to dosyp mąki, a jeśli zbyt gęste to dolej odrobinę wody. Ciasto możesz wyrobić w robocie kuchennym (ja robię to w Thermomixie).
  3. Gdy ciasto będzie gotowe włóż je do miski i przykryj ściereczką. W tym czasie przygotuj parówki – wyciągnij je z opakowania i przekrój na pół.
  4. Ciasto podziel na cztery części. Pierwszą z nich rozwałkuj na cienki, okrągły placek i potnij na ok 8 trójkątów.
  5. Na brzegu każdego z nich połóż połówkę parówki i zwijaj jak rogalika, a następnie ułóż na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.
  6. Tak samo postępuj z pozostałymi częściami ciasta.
  7. Gotowe rogaliki posmaruj z wierzchu rozmieszanym jajkiem i posyp sezamem lub czarnuszką.
  8. Piecz około 25 minut w piekarniku nagrzanym do 170 stopni.

IMG_6766

 
Babskie sprawy, Dziecko

Jak to jest być młodą matką?

6 February 2016

Właśnie, jak to jest? A jak to jest być matką w średnim wieku? A jak to jest w ogóle być matką? Niezależnie od wieku, kochające i troskliwe matki zmagają się z tym samymi sprawami. Wszystkie zmieniamy pieluchy, budzimy się w nocy, głaszczemy i przytulamy nasze piękne dzieci. Wszystkie naklejamy plastry na skaleczone kolana, pomagamy odrabiać lekcje i pieczemy ciasta na kolejne urodziny, które mijają tak szybko. Za szybko.

Urodziłam Tymka dokładnie 7 lat temu. Miałam wtedy 19 lat. Łapałam się jeszcze do grona nastoletnich mam, co z jednej strony było dla mnie ciężkie do przełknięcia, a z drugiej strony było wyzwaniem, z którym wiedziałam, że sobie poradzę.

Wydaje mi się, że w pewnym sensie miałam trochę łatwiejszą sytuację, niż większość nastoletnich matek, bo moje życie już od dawna było “dorosłe”. Nie myślałam o tym w kategoriach “o boże, co teraz będzie, jak ja skończę szkołę i co ze studiami”. Powód był prosty – liceum rzuciłam już ponad rok wcześniej, a co za tym idzie, o studiowaniu nawet nie śniłam.(pisałam o tym we wpisie Co mi w życiu nie wyszło i dlaczego mam to gdzieś)

Moje dorosłe życie niestety nie uchroniło mnie od plotkujących na mój temat koleżanek, od tysiąca “dobrych” rad, krzywych spojrzeń i niesprawiedliwych ocen. I wiem, jak wiele młodych mam spotyka się z pouczająco-potępiającą postawą. I zazwyczaj okazuje się, że wszystko może potoczyć się w dwóch kierunkach. Pierwsze: albo masz wokół siebie ludzi, którzy sprawią, że nie będziesz czuła się gorsza. Drugie: każdy po kolei sprawi, że poczujesz się jak najgorszy człowiek na świecie. Człowiek, który ma przed sobą wizję wzięcia odpowiedzialności za drugiego, małego człowieka. I jak sobie z tym poradzić?

34961_140967909255160_103033_n

 Bycie rodzicem jest cholernie ciężkie, dla każdego bez wyjątku. Nie mówię, że to harówa od rana do wieczora, że to sprzątanie, karmienie i pranie zarzyganych śpiochów. To jest nie ważne. Ważna jest świadomość, że oto przed Tobą jest ktoś kto na Ciebie liczy, ufa i potrzebuje właśnie Ciebie. A Ty możesz, powiedzmy sobie bez ogródek, albo to dźwignąć albo to spierdolić.

Zawsze pojawiają się momenty zwątpienia – a co jeśli nie dam rady, co jeśli zawiodę, jeśli moje słabości będą zbyt silne? Nie mam na to rady. Niektórzy po prostu nie mogą i nie potrafią być dobrymi rodzicami. Miałam przed sobą długą listę błędów moich rodziców, miałam też listę tego co sprawiło, że niektóre wydarzenia z dzieciństwa oglądam w pamięci jakby były jakimś cudownym filmem. Nie jest tego wiele, ale pielęgnuje te wszystkie dobre wspomnienia. Zostały mi tylko one. Co do błędów… Mam wrażenie, że niektóre wydarzenia z dzieciństwa ciągną się za mną, jakby ktoś przyczepił mi coś ciężkiego do nogi. A ja muszę mocno wysilać się, aby ruszyć do przodu z całym tym ciężarem. Ten ciężar przypomina mi o tym czego sama nie powinnam robić i przed czym chcę uchronić Tymka.

Daję mu tyle miłości ile tylko mam w sobie. Staram się, aby czuł, że jest dla mnie najważniejszy. Mówię mu, że jest mądry, rezolutny, wspaniały. Chciałabym, aby nigdy w siebie nie wątpił, tak jak ja wątpiłam wielokrotnie. Każdy, kto kiedykolwiek doświadczył poniżenia ze strony rodziców wie, że tego nie da się wymazać. Utraconą pewność siebie odzyskuje się latami. A czasami wcale nie da się jej odzyskać i już do końca życia trzeba ostatkiem sił próbować wmówić sobie, że jest się coś wartym.

W tym momencie wiem, że mimo tego, że jestem młodą mamą, to daję z siebie wszystko, żeby uszczęśliwić Tymka. Popełniam mnóstwo błędów, które staram się szybko naprawiać. A co jest dla mnie najważniejsze? Poczucie, że Tymek jest szczęśliwy. A wydaje mi się, że jest.

Młoda Mamo, głowa do góry. Będziesz wiedziała co robić.


tymekcmo

Tymek już pracuje na swoją emeryturę 😉 Można kliknąć w zdjęcie.

 

73473_169867523031865_61145_n

Nigdy nie całujcie swoich dzieci w usta publicznie – zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że to niehigieniczne.

 
Dziecko, Zdrowie, Życie, Życie z cukrzycą

Życie Cukierka #3 – Czym jest hipoglikemia i jak postępować w jej przypadku

4 January 2016

Cykl „Życie Cukierka” jest serią moich subiektywnych tekstów dotyczących cukrzycy typu 1, na którą zachorował mój syn Tymek. Nie jestem lekarzem, więc informacje, które tu przeczytasz nie należy traktować jak profesjonalnej porady lekarskiej. 


 Wyobraźcie sobie, że z jakiegoś powodu nie jedliście od dłuższego czasu. Wasz organizm nie otrzymał odpowiedniej ilości węglowodanów, z których mógłby wytworzyć energię. Czujecie ogromny głód, niepokój i jesteście poddenerwowani. Zdarza się, że trzęsą Wam się dłonie i zaczyna boleć Was głowa. Tak samo czują się diabetycy, w przypadku gdy zbliża się hipoglikemia.

Przyczyn niedocukrzenia jest kilka. Może to być zbyt wysoka dawka insuliny, błąd dietetyczny, zbyt duży wysiłek fizyczny, spożycie alkoholu, spożycie jakiegoś leku, który może wywoływać hipoglikemię lub infekcja.

Budowanie świadomości dotyczącej hipoglikemii (jak i samej cukrzycy) jest niezwykle ważne, ponieważ wiele osób “zdrowych” nie ma pojęcia, że coś takiego może spotkać diabetyka albo jeszcze gorzej – objawy hipoglikemii mylone są z czymś zupełnie innym.

Objawy niedocukrzenia to m.in. bełkotliwa mowa, osłabienie, drżenie rąk, nadmierna potliwość, dziwne zachowanie (agresja lub euforia). Osoba w stanie ciężkiej hipoglikemii zachowuje się bardzo podobnie jak osoba pod wpływem sporej ilości alkoholu. Dlatego bardzo często bywa tak, że diabetyk w hipoglikemii mylony jest z pijakiem, a przez to ludzie widzący na ulicy taką osobę omijają ją i zostawiają nie udzielając pomocy.

Trafiłam na świetny fragment reportażu Filipa Chazera, który idealnie pokazuje jak bardzo można pomylić się widząc osobę w stanie hipoglikemii. Obejrzycie ten film tutaj.

Hipoglikemia to naprawdę bardzo duże zagrożenie dla zdrowia i życia osoby chorej na cukrzycę, bo poziom cukru może obniżyć się mocno i to w krótkim czasie. W wielu przypadkach, chory czuje, że hipoglikemia nadchodzi i pojawiają się objawy ALE bywa też tak, że chory w ogóle nie ma żadnych objawów i po prostu traci przytomność.

Niestety stan niedocukrzenia jest bardzo częsty wśród dzieci, u których dopiero zdiagnozowano cukrzycę. Dzieje się tak przez zjawisko nazwane remisją. W skrócie, remisją nazywamy okres, w którym trzustka chorego ma jeszcze trochę swoich zdrowych komórek, które co jakiś czas robią niespodziewany wyrzut insuliny. Jest to o tyle niebezpieczne, że gdy podamy dziecku zastrzyk z insuliną, a organizm również dodatkowo wytworzy swoją własną z zapasów, to nagle poziom cukru może spaść drastycznie nisko. Dlaczego spada? Ponieważ chory na cukrzycę ZAWSZE podaje sobie ilość insuliny odpowiednią na posiłek, który zjada. Wszystko jest dokładnie wyliczone, tak aby poziom cukru po posiłku pozostał w normie. Jeśli insuliny jest zbyt dużo, a cukru zbyt mało (choć został obliczony prawidłowo, ale do insuliny z zastrzyku), to zwyczajnie zaczyna go brakować, co powoduje ten groźny stan, którego nazwę już pewnie znacie na pamięć, czyli hipoglikemię.


 JAK REAGOWAĆ NA HIPOGLIKEMIĘ

Jeśli dziecko/dorosły ma niski poziom cukru, objawy lekkiej glikemii i JEST PRZYTOMNY:

  • podać 10-20 g cukru prostego np. pół szklanki soku, pół puszki coli, 2 cukierki (landrynki), wodę z 1-2 łyżkami cukru
  • po 15 minutach sprawdzić czy cukier wzrósł, a jeśli tak, to podać węglowodany złożone np. kanapkę, bułkę, drożdżówkę

Jeśli dziecko/dorosły ma niski poziom cukru, objawy lekkiej glikemii i JEST NIEPRZYTOMNY:

  • wezwać pogotowie
  • ułożyć chorego w pozycji bocznej z odchyloną głową
  • jeśli jest to nieznana nam osoba, można sprawdzić czy ma przy sobie glukagon. Jest to pomarańczowe pudełeczko wielkości pudełka na szczoteczkę do zębów. Zawiera strzykawkę z wodą i ampułkę z glukagonem. Znajduje się w niej instrukcja i zapewniam, że taki zastrzyk naprawdę nie jest trudny w wykonaniu, a może uratować komuś życie.

info_o_cuk_glucagen_2


Mały dodatek – zagadka

Bez korzystania z pomocy wujka Google, zastanówcie się – co ma więcej cukru: snickers czy kawałek pizzy?

czy

Niestety, wiele osób nie rozumie, że CUKIER to nie tylko ten sypki proszek, który znajduje się w cukierniczce. Cukier nie znajduje się tylko w cukierkach, czekoladzie i słodkich sokach. Cukier to także chleb, ziemniaki, kasza, ryż, mąka i wszystko to co zawiera WĘGLOWODANY, bo uwaga, węglowodany to cukier.

Dlatego kończąc już, jeszcze raz przypominam, że cukrzyca typu 1 nie powstaje od grania w Candy Crash, ani od jedzenia słodyczy.

is-butter-a-carb


Pozostałe wpisy z cyklu Życie Cukierka:

Życie Cukierka #1 – Początek

Życie Cukierka #2 – A co było przedtem? Objawy cukrzycy

 
Dziecko, Życie z cukrzycą

Życie Cukierka #2 – A co było przedtem? Objawy cukrzycy.

28 December 2015

Cykl “Życie Cukierka” jest serią moich subiektywnych tekstów dotyczących cukrzycy typu 1, na którą zachorował mój syn Tymek. Nie jestem lekarzem, więc informacje, które tu przeczytasz nie należy traktować jak profesjonalnej porady lekarskiej. 


Utrata wagi

Tymek zawsze był dość drobny. Niski i szczupły. Biega, skacze, jeździ na rowerze. Sądziłam, że to całkiem naturalne, że jest taki nieduży. Ja też w jego wieku byłam mała, a niska jestem do tej pory. Nie widziałam w tym nic dziwnego, chociaż od czasu do czasu ważyłam Tymka, żeby sprawdzić czy przytył choć trochę, czy nie. Waga stała w miejscu, albo wahała się. Trochę w górę, trochę w dół. Trochę bardziej w dół. I bardziej.


Senność, zmęczenie, osłabienie, brak ochoty na naukę lub/i zabawę

Tymek we wrześniu zaczął naukę w pierwszej klasie “podstawówki”. Ile mi to przyniosło stresu. Pierwszy miesiąc nie był łatwy. Nowi koledzy, nowe koleżanki, nauczyciele nowi, wszystko nowe. Szkoła, to nie przedszkole. Szkoła to poważne przedsięwzięcie. Lekcje, prace domowe, ustawienie się do nowego trybu po wakacjach. Dla mnie to wszystko nie było proste, a co dopiero dla Tymka – tak sądziłam. Choć teraz widzę, że dzieci rozumieją inaczej, szybciej się dostosowują. To my, dorośli wyolbrzymiamy problemy i namnażamy stres. Jeszcze miesiąc temu, gdy Tymek wracał ze szkoły i mówił, że jest zmęczony, to myślałam, że to przez emocje. Po wejściu do domu zjadał obiad, kładł się na kanapę i oglądał bajki. Nie sądziłam wtedy, że zmęczenie może być objawem. Przecież jak ja wracałam z pracy to też marzyłam tylko o tym, żeby położyć się na kanapie i nie robić zupełnie nic. A co może czuć taki mały człowiek?


Rozdrażenienie, a nawet ataki agresji

Bunt sześciolatka? Znajomy termin, prawda? Na upartego, to w każdym roku życia dziecka znajdzie się jakiś bunt. Nic dziwnego. Skoki rozwojowe, zmiany, dorastanie, ząbkowanie, szkoła, przedszkole, kłótnia na podwórku. Każdy może w końcu stracić cierpliwość. Nie zdziwiło mnie więc zbytnio, gdy Tymkowi zdarzało się pokrzyczeć trochę. Czasami z całkiem błahych powodów. Bo na obiad jest ryba, A ON PRZECIEŻ MA JUŻ SZEŚĆ LAT I JAK KAŻDY SZANUJĄCY SIĘ SZEŚCIOLATEK NIE BĘDZIE JADŁ RYB. Albo, gdy połaskotałam go A ON SOBIE WCALE W TYM MOMENCIE ŁASKOTANIA TERAZ NIE ŻYCZYŁ. Krzyki i nerwy stał się naszym częstym towarzyszem.


Wzmożone pragnienie, częste oddawanie moczu

Kładę się spać bardzo późno. Około 2-3 w nocy. Za pierwszym razem, gdy zauważyłam Tymka wstającego do toalety w nocy, to pomyślałam, że opił się wody przed snem, to teraz wstaje. Drugiej nocy stwierdziłam, że może w jego pokoju jest za ciepło i to potęguje pragnienie. Trzeciej nocy zaczęłam się poważnie denerwować, a czwartej nocy pojawiła się infekcja. Gorączka, kaszel, katar. W poniedziałek prowadziłam pierniczkowe warsztaty z dziećmi z klasy Tymka, nie wiedząc jeszcze, że w czasie, gdy on sobie radośnie zjada te pierniczki pełne węglowodanów, to jego trzustka już nie może pomóc mu zredukować tej ilości cukru.


Inne objawy

Cukrzyca w łagodnym stanie objawiać się może symptomami, które opisałam powyżej. Dodatkowo może też pojawić się specyficzny zapach z ust. Zapach acetonu lub jak niektórzy go określają – zapach sfermentowanych jabłek. Jednak ten zapach zwiastować może, że stan przeradza się w ciężki, a tu pojawiają się również bóle brzucha, wymioty, przyspieszenie pracy serca, odwodnienie, spadek ciśnienia tętniczego krwi. Może również dochodzić do utraty świadomości. To wszystko przez rozwijającą się śpiączkę cukrzycową – bardzo niebezpieczny stan. 


Najważniejsze pytanie, które zadawałam sobie wielokrotnie od postawienia diagnozy – czy mogłam zauważyć wcześniej? Czy mogłam temu zapobiec?

Nie mogłam. Niczemu nie mogłam zapobiec. Może mogłam zauważyć odrobinę wcześniej. Może wtedy, gdy Tymek wściekał się na mnie z byle powodu, albo wtedy, gdy wracał ze szkoły i mówił, że jest zmęczony. Czy to uratowałoby go przed cukrzycą? Nie. Ta choroba była w nim już od dawna. Od jak dawna? Nie wiadomo. Mogła rozwijać się i niszczyć komórki trzustki od lat. A mogły to być miesiące albo nawet jeden miesiąc. Próbuję pogodzić się z tym co jest obecnie. I częściowo zaczyna mnie cieszyć obecny stan. Biorąc pod uwagę, że nie mam wpływu na to czy choroba jest z nami, czy nie, to cieszę się, że mogę ją kontrolować. Teraz, gdy stan zdrowia Tymka powoli się normuje, cukry już nie skaczą, widzę jak wraca “mój” Tymek. Jest pogodny i radosny, a dawno już taki nie był. W ciągu dnia tańczy, skacze, bawi się, robi wszystko z ogromną pogodą ducha. Mimo choroby, to widzę jak bardzo stabilizacja cukru na niego wpłynęła. Przybiera na wadze, aż miło patrzeć, a o apetycie już nie wspomnę. Wciąga wszystko (prawie wszystko) jak odkurzacz. A co dalej? Życie. Dalsze życie z cukrzycą.

Obserwujcie swoje dzieci. To co może wydawać nam się naturalne ze względu na okoliczności, wiek, czy jakiekolwiek inne czynniki, może okazać się objawem choroby. Nie musi tak być, nie ma co panikować, ale warto być uważnym, bo w całym trudzie i radości rodzicielstwa, może się okazać, że coś nam umknęło.


 Przeczytaj też: Życie Cukierka #1 – Początek


 
Dziecko, Geek Girl, Gotowanie dla geeków, Kuchnia

Tort urodzinowy Minecraft (Minecraft Cake)

22 December 2015

Przeglądając dziś zaległe i zapomniane zdjęcia, znalazłam ten wspaniały tort, który przygotowałam Tymkowi na ubiegłe urodziny (razem z “komnatą Minecrafta”). Nie wiem jak mogłam o nim zapomnieć, przecież już dawno chciałam go Wam pokazać. Gapa ze mnie.

No ale… Tort sobie grzecznie poczekał w czeluściach komputera, aby teraz ujrzeć światło dzienne i zadowolić oczy i podniebienia Wasze, Waszych dzieci, dzieci Waszych sąsiadów, oraz dzieci, które dopiero planujecie (jestem pewna, że Minecraft nie prędko wyjdzie z mody).

Tymek, jak już wiecie, jest wielkim fanem Minecrafta. Obejrzał już chyba cały internet i jeśli na Youtubie jest jakiś filmik dotyczący Minecrafta, to jest ogromne prawdopodobieństwo, że Tymek go zna. Swego czasu, jego ulubionym youtuberem był SKKF, ale ten już chyba dawno nie nagrywał nic minecraftowego, więc niestety ostatnio spadł z piedestału.

cake

Podczas ostatniej, tygodniowej wizyty w szpitalu, salę współdzieliliśmy z Maćkiem i jego mamą. Maciek ma 11 lat i chodzi do 5 klasy podstawówki, mimo różnicy wieku chłopcy doskonale się ze sobą dogadywali, a połączyło ich przede wszystkim uwielbienie do Minecrafta.

Wracając do tortu. Aby w środku też się jakoś wyróżniał, postanowiłam, że zrobię go nietypowy, kratkowany sposób. Tę “kratkę przełożyłam kremem, z zewnątrz również posmarowałam kremem, a wierzch ulepiłam z masy cukrowej. Efekt wyszedł super, choć mistrzem cukiernictwa to ja nie jestem.

Składniki:

Ciasto jasne:

  • 3/4 szklanki cukru
  • 1/4 szklanki mleka
  • 1 i 1/2 szklanki mąki
  • 100 ml oleju
  • 1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

Ciasto ciemne:

  • 3/4 szklanki cukru
  • 1/4 szklanki mleka
  • 1 i 1/2 szklanki mąki
  • 3 łyżki kakao
  • 100 ml oleju
  • 1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

Krem:

  • 300 ml śmietany kremówki 30% lub 36%
  • 200 g serka mascarpone
  • 100 g cukru pudru
  • 2 łyżki gorzkiego kakao

Masa cukrowa:

  • 800 g cukru pudru
  • 100 g glukozy w proszku
  • 4 łyżeczki żelatyny
  • 70 ml ciepłej wody

Przygotowanie ciasta:

  1. W przypadku obu ciast postępujemy tak samo, tylko do ciemnego dodajemy kakao. Najlepiej piec w kwadratowej formie, ale może być też zwykła prostokątna, i tak ostatecznie paski ciasta trzeba pociąć.
  2. W jednej misce umieść przesianą mąkę oraz proszek do pieczenia. Do drugiej miski wbić jajka i zmiksować lub utrzeć je z cukrem.  Zawartości obu misek wymieszać dokładnie. Ciasto wylać do blaszki wyłożonej papierem do pieczenia i piec około 30-40 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

IMG_6237

Przygotowanie kremu:

  1. Zimną śmietanę ubić na sztywno. Dodać cukier puder, kakao oraz serek mascarpone. Schłodzić przez około 20-30 minut.
  2. Gdy ciasto będzie upieczone i wystudzone, należy przekroić je na pół wzdłuż, tak jak kroi się biszkopt. Potem pokroić w paski około 2-3 cm. I zrobić symulację, czyli poustawiać paski tak jak powinno wyglądać ciasto. W niektórych miejscach trzeba będzie dociąć, aby było równe. Tak przygotowane paski należy “skleić” kremem.
  3. Gotowe ciasto wysmarować dokładnie kremem z zewnątrz.

IMG_6250

IMG_6254

Przygotowanie masy cukrowej:

  1. Żelatynę zalać wodą i poczekać aż namoknie.
  2. Cukier przesiać na stolnicę, aby uniknąć zbitych grudek cukru. Podzielić go na dwie części.
  3. Do namokniętej żelatyny dodać glukozę. Wymieszać dokładnie, a w razie potrzeby lekko podgrzać. Nie gotować.
  4. Ciepłą żelatynę dodać do jednej części cukru pudru i mieszać. Można to robić łyżką albo dłonią, ale będzie się kleić. Trzeba cały czas wyrabiać masę i dosypywać pozostałą część cukru, aż masa wchłonie tyle cukru, że stanie się elastyczna.
  5. Od gotowej białej masy odkroić kawałek i dodać 2-3 krople czerwonego barwnika. Czerwoną masę rozwałkować i pokroić na kwadraty.
  6. Białą masę rozwałkować, ukroić brzegi tak, żeby wyglądały na piksele i położyć płat lukru plastycznego na gotowe ciasto. Może się rozpadać, więc trzeba to robić dość delikatnie, ale stanowczo.
  7. Na wierzchu ułożyć czerwone kwadraty.

IMG_6242

IMG_6320

IMG_6325

IMG_6327

IMG_6316


Zapraszam też po przepis na ciasto dyniowe z Minecrafta.

8244745_f520

 
Dziecko, Wyróżnione, Życie z cukrzycą

Życie Cukierka #1 – Początek

21 December 2015

Trafiliśmy do szpitala jakieś dwie godziny temu. Siedzę nad szpitalnym łóżkiem, w którym leży mój syn. Taki mały i bezbronny. Godzinę temu Pani Doktor powiedziała do nas: “Na 99% Państwa syn ma cukrzycę typu 1. Jest to choroba autoimmunologiczna, wymagająca stałego podawania insuliny. Na ten moment jest nieuleczalna”. 


Pięć godzin wcześniej siedziałam z Tymkiem w przychodni. Zadzwonili do mnie i kazali pilnie przyjechać, bo wyniki badań były kiepskie. Wiedziałam, że od kilku dni było z nim coś nie tak, ale sądziłam, że to przez przez przeziębienie, które nas złapało. *Lekarz, do której trafiliśmy siedziała za biurkiem i tylko kręciła głową ze smutną miną.

– A on jadł dużo tych monte i danonków? Pił te wody smakowe? Słodyczy dużo? – zapytała mnie wypisując skierowanie.

– Nie dużo, tak normalnie, jak każde dziecko w tym wieku. Sporadycznie. Wodę piję tylko zwykłą – odpowiedziałam doskonale rozumiejąc co sugeruje tym pytaniem. /To Twoja wina, dawałaś mu słodycze, przez Ciebie zachorował/

– Niedobrze, oj niedobrze. Musicie jechać do szpitala od razu, szybko. I powodzenia. – powiedziała wciskając mi do ręki skierowanie i wzdychając głęboko.


Jedno wkłucie. Tymek krzyczy i płacze, jest bardzo przestraszony. Jego twarz jest cała czerwona, a oczy opuchnięte od płaczu. Nie wiem co robić. Próbuję go uspokajać, żeby pielęgniarka mogła założyć wenflon, ale ostatecznie nie udaje się go uspokoić, trzeba po prostu przytrzymać rękę. Za trzy sekundy wezmę go w ramiona, ale wiem, że to uspokoi go tylko trochę.

Untitled design (55)

Tymek dostaje w końcu kroplówkę. Dostaje też pierwszą dawkę insuliny. Teraz co 30 minut trzeba sprawdzać mu poziom cukru. Co 30 minut ukłucie w palec. Wiem, że to tak naprawdę jest prawie bezbolesne, ale mimo wszystko, gdy widzę jak pielęgniarka go kłuję, a on zaczyna ze strachu płakać, to ja też płaczę, a moje serce pęka. On zasypia, a ja siedzę przy jego łóżku i trzymając go za rękę z tymi pokłutymi paluszkami, zaczynam zadawać sobie pytania.

/Co zrobiłam nie tak?/

/Dlaczego nie zauważyłam wcześniej?/

/Może mogłam temu zapobiec?/

/Może trzeba było zrobić wcześniej jakieś badania?/

/Może mogłam to jakoś przewidzieć?/

Te same pytania zadaję lekarzom. Wszyscy mówią mi, że to nie moja wina. To właściwie niczyja wina, bo medycyna do końca nie wie skąd dokładnie bierze się cukrzyca typu 1. Czynników jest kilka. Mogą być to geny, infekcje wirusowe, nadmierny przyrost masy ciała, niedobór witaminy D3, zbyt wysoki stopień higieny, nieodpowiednie żywienie (mleko, gluten, substancje toksyczne). Niestety nie można określić co dokładnie i w jakim stopniu wpłynęło na to, że ludzie chorują na cukrzycę.

Untitled design (57)


 “Cukrzyca typu 1 jest chorobą występującą głównie u dzieci i młodych dorosłych, ale może się ujawnić w każdym wieku. Chorzy na ten typ cukrzycy stanowią około 9 proc. ogólnej liczby pacjentów w cukrzycą. Chorobę powoduje nieprawidłowa aktywność układu immunologicznego (czyli układu odpornościowego), który własne prawidłowe komórki beta wydzielające insulinę uznaje za komórki obce. U każdego z nas funkcje obronne układu immunologicznego są niezbędne do niszczenia bakterii i wirusów, a także nieprawidłowo zbudowanych komórek, z których może się np. rozwinąć nowotwór. Jednak u niektórych osób dochodzi do nieprawidłowej reakcji, w wyniku której organizm wytwarza przeciwciała skierowane przeciwko własnym komórkom produkującym insulinę i niszczy je. W momencie rozpoznania choroby zwykle około 80 proc. komórek beta jest już nieaktywnych, a niedobór insuliny jest tak duży, że należy ją dostarczać z zewnątrz. Cukrzyca typu 1 należy do chorób z autoagresji, podobnie jak choroby tarczycy (Hashimoto, Gravesa-Basedowa), reumatoidalne zapalenie stawów, stwardnienie rozsiane, niedokrwistość złośliwa czy Celiaklia. Wciąż nie wiemy dlaczego organizm zaczyna atakować własne komórki.”


 Wiecie co jest w tym wszystkim najgorsze? Bezradność i świadomość, że już nigdy nie będzie tak jak przedtem. Myślę o tym, jak do tej pory było nam beztrosko. Dostałam od Was bardzo wiele wiadomości. Od rodziców dzieci z cukrzycą, od osób chorych od wielu lat. One bardzo podbudowują, cieszę, że potraficie z “tym” żyć. Być może ja jeszcze nie umiem z tym żyć. Nie czuję się pogodzona z obecnym stanem. Robię wszystko automatycznie. W ciągu dnia mam nastawionych 10 budzików. 6 w ciągu dnia przypominających o pomiarze, godzinie posiłku i podaniu insuliny, a 4 nocne po to, aby sprawdzić glikemię. Wszystko zapisuję w trzech miejscach – dzienniczek samokontroli, zeszyt i aplikacja w telefonie. Dawka insuliny, zjedzone wymienniki węglowodanowe, wynik pomiaru glikemii, rodzaj posiłku, ruch lub jego brak. Zapisuję wszystko, bo nie chcę niczego przegapić. Ja, osoba totalnie niezorganizowana teraz muszę pamiętać o wielu rzeczach, bo wiem, że każdy mój błąd będzie później kosztował Tymka zbyt niskim lub zbyt wysokim poziomem cukru. Boję się tego, bo wiem jakie to może mieć konsekwencje. W nocy wstaję jak z automatu. Dzwoni budzik, podnoszę się, idę do pokoju Tymka. Siadam na brzegu łóżka i patrzę na niego jak spokojnie śpi. Wyciągam glukometr, nakłuwam palec, czekam aż kropla krwi wypłynie, sprawdzam cukier. On śpi spokojnie dalej. Jest dobrze? Idę dalej spać na kolejne 2-3 godziny. Jest źle? Robię się przytomna w jednym momencie i myślę co zrobić. Czy dać mu soczek na niski cukier, czy zrobić korektę na wysoki. Analizuje poprzednie godziny i myślę, gdzie pojawił się błąd, co powinnam naprawić kolejnego dnia, żeby tego nie powtórzyć.

Czuję, że nie mogę się poddać ani na chwilę. Pozwalam sobie na płacz i poczucie strachu. Wiem, że to wszystko z czasem się zmieni, choć tydzień temu byłam przerażona i sądziłam, że sobie z tym nie poradzę. Jak we wszystkim, okazuje się, że potrzebny jest czas. Choć czas nie da mi spokoju ducha, to na pewno z czasem przywyknę do tego, że cukrzyca jest teraz częścią naszego życia.

Untitled design (58)

Pierwszego dnia w szpitalu leżał z nami na sali chłopak, na oko 13-15 lat. Był z nim jego tata, a z rozmów z lekarzami wywnioskowałam, że jest na oddziale częstym gościem albo przynajmniej wszyscy dobrze go znają, więc pewnie choruje od dawna. Nie mogłam zrozumieć jak on, pielęgniarki, lekarze i nawet jego tata mogą sobie żartować. Wiecie, rzucać takie hermetyczne żarciki, które zrozumieją tylko osoby, które mają wokół siebie chorujących lub sami chorują. Byłam wewnętrznie oburzona, bo jak oni mogą sobie żartować z czegoś co właśnie bez pytania spadło na moje życie? Nie rozumiałam tego dystansu, a potem zrozumiałam, że czasami tak trzeba. Kilka dni później sama śmiałam się z tej choroby. Choć to nie jest tak, że teraz już podchodzę do tego na całkowitym luzie. Boję się tej choroby i jak nigdy nic, wywołuje ona we mnie ogromny smutek. Bo co mam odpowiedzieć mojemu dziecku, gdy w czasie obiadu pyta nagle:

Mamo, a czy ja już zawsze będę chory na cukrzycę? Nawet, gdy będę duży?


Ten wpis jest pierwszym z cyklu “Życie Cukierka”. Postanowiłam, że skoro mam środek przekazu w formie bloga, to będę pisać o tym i próbować edukować, żeby chociaż częściowo ludzie zrozumieli czym jest ct1. Być może uda mi się uchronić rodziców “cukierków” przed pytaniami typu: “a ta cukrzyca to od jedzenia słodyczy, tak?
*okazuje się, że bardzo często rodzice dzieci chorych na cukrzycę lub sami chorzy wiedzą o wiele więcej na temat tej choroby, niż lekarze pediatrzy, którzy pracują w przychodniach. Dlatego pamiętajcie, że z wszystkimi cukrzycowymi problemami trzeba zgłaszać się do lekarza diabetologa. 
 
Babskie sprawy, Lifestyle, Osobiste, Życie

Ideał da­ny jest człowieko­wi po to, aby wy­raźnie widział swą niedoskonałość.

19 November 2015

Zarzucę teraz banałem, że wiecie, ludzie są różni. Fizycznie i mentalnie. Nie zawsze to co ładne z zewnątrz, w środku również emanuje pięknem. Jak w tym powiedzonku: ‘gówno zawinęło się  w papierek i udaje, że cukierek’. To nie zasada, broń borze. I nawet ciężko mi to w jakąś jedną ramę włożyć, bo staram się przenigdy nie wyłączać mojej tarczy anty-stereotypowej, a jak słyszę takie pierdoły typu “wszystkie grubaski, to sympatyczne laski” (przykład nie ma znaczenia, możesz tam wkleić stereotyp blondynki-idiotki), to wtedy mam ochotę zrobić fatality z Mortal Kombat i wyrwać takiemu osobnikowi serce.

fatality

Nie o stereotypach, a przynajmniej nie dosłownie, chciałam dziś napisać. Czasami mam wrażenie, że są we mnie dwie osobowości. Z jednej strony czuję, jak wychodzi taki mały szyderca. Paskudny gremlin, który lubi kogoś obgadać, poplotkować na brzydkie tematy, powiedzieć coś niemiłego o tym i o tamtym, a z drugiej strony mam później kaca moralnego i wielką ochotę przywalić sobie z liścia. Bo nie jestem zła, a przynajmniej lubię myśleć o sobie jak o dobrym człowieku, ale takim, który popełnia błędy i potrafi w odpowiednim momencie dać sobie kopa.

Mój stan emocjonalny i to wszystko co ostatnio się ze mną dzieje psychicznie kazało mi mocno przewartościować wszystko co jest wokół mnie. Widzę tysiące moich błędów, zachowania, które nie są moje i widzę też “siebie”, chociaż to tak naprawdę nie jestem ja. Nie ta “ja”, którą chcę być.

W każdym razie, dotknął mnie ostatnio, i to nawet dwukrotnie, taki stereotyp “szczęśliwej osoby”. Z jednej strony to ja oceniłam kogoś błędnie, a z drugiej strony to ktoś błędnie ocenił mnie.

Pierwsza sytuacja: Jakiś czas temu napisała do mnie koleżanka. Taka koleżanka, z którą nigdy nie miałam jakiegoś głębszego kontaktu. Jednak z tego co widziałam “na fejsie”, to żyła dobrze. I ABSOLUTNIE nie ma dla mnie żadnego znaczenia jej sytuacja materialna czy życiowa. Po prostu, to co widziałam z zewnątrz, sprawiło, że myślałam o niej, jak o kobiecie spełnionej na każdym poziomie. Co się okazało? Że ma wiele problemów i że z wieloma sobie nie radzi,a przynajmniej jeszcze nie wie jak sobie poradzić. Przez moją głowę nie przebiegł nawet cień myśli, że gdzieś tam jej świat się zawalił. Sądziłam, że jej życie jest idealnie zaprojektowane. Myliłam się jak cholera.

Druga sytuacja: To do mnie napisała jedna z czytelniczek. To była krótka wiadomość, ale bardzo dała mi do myślenia. Napisała, a właściwie to zapytała skąd we mnie tyle radości i szczęścia. Widzi to na moich zdjęciach i chce wiedzieć skąd. Nie mogłam jej odpisać “Spoko, odetchnij, u mnie chujowo”, ale jej pytanie spowodowało, że zaczęłam myśleć o tym, dlaczego tak ochoczo pokazujemy szczęśliwe chwile ze swojego życia, a nie potrafimy równie łatwo napisać czy powiedzieć:  jest mi źle/jestem nieszczęśliwa/mam problemy/mój świat się wali.

Na pewno słyszeliście o młodej modelce z Australii, która postanowiła usunąć prawie wszystkie zdjęcia ze swojego instagramowego konta. Jak sama stwierdziła, miała dosyć kolorowania rzeczywistości. Essena O’Neil pokazywała zdjęcia swojego ciała, kosmetyków, ubrań. Patrząc na nią i na jej zdjęcia można by pomyśleć, że to chodzący ideał, ale jednak okazało się, że granica między prawdziwym życiem, a życiem w internecie zatarła się, a ona w duchu była po prostu bardzo nieszczęśliwą dziewczyną pragnącą społecznej akceptacji.

Obejrzyjcie film, w którym Essena opowiada o tym jak wyglądało jej życie i dlaczego chce opuścić świat social media.

Problem jest taki, że widząc te wszystkie ślicznie wyglądające owsianki, mieszkania a’la Pinterest, smukłe sylwetki i zawsze idealne loki, wiele ludzi po prostu ulega tym złudzeniom i porównuje siebie do zdjęć, do tych nierealnych widoków. Myślimy – wtf, gdzie popełniłam błąd? Patrzysz na swoją stertę naczyń w zlewie, na nieuprasowane ubrania, na męża co siedzi w dresach przed komputerem i na dziecko, które znowu wylało kakao na dywan. Zaraz, zaraz. Jeszcze pozostałaś Ty. Piłaś dziś kawę z fusami, nie latte ze starbucksa. Twój makijaż pozostawia wiele do życzenia i wcale nie masz ochoty przebiec dziś 5 km i przeczytać inteligentną książkę.

Zapewniam Was, że nie wszyscy ludzie są idealni i szczęśliwi. Ja nie jestem. I wcale się tego nie wstydzę. Są dni, gdy nie mam ochoty sprzątać i nawet nie spoglądam w stronę zlewu, żeby sobie nie podnosić ciśnienia. Czasami nie maluję się wcale, a moim komfortowym strojem są wyciągnięte dresy i stara koszulka. Czasami też nie mam ochoty się uśmiechać i po prostu dużo płaczę. Czasami nie mogę zasnąć, bo myślę o wszystkich swoich problemach i o tym co mogłam w życiu zrobić inaczej. Czasami czuję się ze sobą tak źle, że jedynym wyjściem jest przykrycie się kołdrą i niewychodzenie z łóżka przez tydzień.

A czasami czuję, że muszę wziąć się w garść, bo życie to coś więcej, niż ładne obrazki na instagramie. Życie to więcej, niż smukłe uda i jędrne piersi. Życie to więcej, niż idealnie ułożone włosy i duża zawartość portfela. Spróbuj spojrzeć w lustro i powiedzieć: “Popełniam błędy, nie jestem idealna/y, ale pracuję nad sobą”. Nie warto gonić za byciem NAJLEPSZYM. We wszystkim trzeba odnaleźć balans. I w byciu najlepszym i w byciu najgorszym.

Nie bójcie się być nieidealni.  Bądźcie tacy, jacy chcecie być, w zgodzie ze sobą.

 
Osobiste, Rozwój, Życie

Co mi w życiu nie wyszło i dlaczego mam to gdzieś?

18 August 2015

Mając sześć lat, Twoim największym problemem jest to, że mama nie chciała Ci rzucić przez okno 2 zł na loda. Gdy masz 10 lat, to wydaje Ci się, że koniec świata nastąpi po powrocie rodziców z wywiadówki, a jako 13 latka nie wiesz co gorsze – to, że chłopak, którego darzysz uczuciem Cię olewa czy to, że nie rosną Ci cycki. 

Czytaj więcej…

 
Babskie sprawy, Zdrowie

Podsumowanie tygodnia diety #2

3 August 2015

To już drugi tydzień? A mam wrażenie jakby dopiero drugi dzień. Dłużyło mi się w tym tygodniu strasznie. Mam PMS i ogólnie cały świat mnie wkurza. A do tego mam ochotę pochłonąć wszystko, tylko nie słodycze. To mnie akurat zdziwiło, bo zazwyczaj ciągnęło mnie do wszystkiego, a w szczególności do słodyczy, no ale… Zobaczmy jak poszły moje zeszłotygodniowe założenia.

Czytaj więcej…