Browsing Category

Lifestyle

Lifestyle

Było jak było. Jest jak jest. Będzie jak będzie.

10 October 2017

Myślisz sobie – o boże, żeby było warto, bo jak nie to dupa blada. I zastanawiasz się, czy wchodzić w ten związek, czy zmienić pracę, czy powiedzieć tej koleżance, że w sumie to Cię wkurwia i nie interesuje Cie, to czy już w tym tygodniu zrobiła sobie rzęsy, a może chciałabyś powiedzieć byłemu (wykrzyczeć nawet), że jest palantem jak stąd do kosmosu i masz sraczkę jak go widzisz.

Nie potrafisz postawić sprawy jasno. Trochę chcesz, ale się boisz albo nie wiadomo co.

Coś Cię trzyma w napięciu, coś Cię powstrzymuje, ciągle ktoś stawia przed Tobą jakieś kolejne wybory. A życie to nie sejm, nie można wstrzymać się od głosu i czekać, aż ktoś inny podejmie decyzję za Ciebie.

Chcę, ale się boję.

Ale ja nie wiem, a jak to będzie, olaboga.

A co jak wybiorę źle?

Dupa zbita, piwo nawarzone, trzeba wypić, trudno. Wiem, że nic nie wiem. Gówno wiem. Halo, przepraszam, gdzie się składa reklamacje? Przemyślałam sobie i chciałabym cofnąć decyzję. Najlepiej o kilka lat, to po drodze jeszcze parę rzeczy zmienię. 

Figa z makiem, nie ma lekko. Bierz co masz, wytrzyj zasmarkany nos, otrzyj kolana i idź dalej. Prosimy o przemyślane zakupy, ponieważ zwrotów nie przyjmujemy.

Musisz wybierać tu i teraz. I wypić to piwo, którego się nawarzyło. Coś z tego wyjdzie. Albo sraczka albo spoko, nie wiadomo.

I wiesz co ja Ci na to powiem? Będzie jak będzie. 

Możesz mieć takie chwile, że będzie chciało Ci się wyć, płakać, krzyczeć i wciskać głowę w poduszkę ze wściekłości. Myślisz, że tylko Ty tak masz? Że tylko Tobie życie rzuca kłody pod nogi? Każdy ma takie chwile, że chce się wszystko pierdolnąć w kąt, spakować i wyjechać w Bieszczady. Wywiesić na drzwiach karteczkę – nieczynne, nikogo nie ma w domu. Każdy tak ma, rozumiesz? I tak musi być.

Nigdy nie wiadomo, że podjęta decyzja będzie dobra. Że facet, którego wybrałaś to ten jedyny i na zawsze, że praca którą masz, to ta najlepsza i że warto było jednak się ugryźć w język, zamiast powiedzieć co myślisz. Możesz sobie robić kalkulacje, bilanse, prognozować potencjalne zyski i straty, ale to i tak jest loteria. Najpierw jest Twoja decyzja, a później efekt.

Ile razy sobie myślałam – a chuj, wchodzę w to. Na przypale albo wcale. Kochaj albo rzuć. Wszystko albo nic. Ja idę w sam środek pożaru, a Ty odpalasz zimne ognie przez rękawiczki. I co z tego mam?

Ile ja głupot w życiu narobiłam, ile razy dałam plamy, ile razy palnęłam coś niemądrego, złamałam zasady, poszłam w tango, zgubiłam godność, a w zamian znalazłam tylko wyrzuty sumienia, odrazę do siebie, kaca moralnego i zaskoczenie, że coś takiego mogło mi przyjść do głowy. Nie zliczę ile razy. No i co? Było jak było.

Ale nigdy nie było tak, żebym z błędu nie wyciągnęła wniosków. I choć łzy leciały po policzkach, czułam się jak gówno, myślałam że już nic dobrego mnie nie spotka, to jestem wdzięczna za każdy popełniony błąd. Bardzo często z tych porażek wyrastało coś dobrego, a wszystkie klęski działały w większości motywująco. Bo co, ja nie dam rady? No to potrzymaj mi piwo.

Pomyśl sobie o jakiejś najgorszej sytuacji, z której ostatecznie wynikło coś dobrego. Nie ważne, czy to rozwalony związek, przyjaźń czy pieniądze. Nie ma takiej sytuacji, która działaby się po nic. Jeśli zrozumiesz po co i dlaczego tak się stało, to później będzie Ci lepiej i łatwiej.

Nigdy nie wiadomo, czy nie jesteś właśnie w tym kluczowym momencie życia. Może właśnie siedzisz i rozpaczasz nad rozstaniem, a jutro zza rogu wyskoczy na Ciebie wysoki brunet, obleje Cię kawą i to będzie początek czegoś nowego. Może właśnie to otworzy Ci drogę, do tych miejsc, które wcześniej były poza Twoim zasięgiem.

I zapamiętaj. Będzie jak będzie. 

 

 

 
Lifestyle

Jesteś marudą? Nawet do mnie nie podchodź.

5 January 2017

Na nic nie mam tak ogromnego uczulenia, jak na narzekanie. Sfrustrowane i wiecznie niezadowolone osoby wywołują we mnie ogromny stres, a wręcz wściekłość. Sama nienawidzę narzekać i nie cierpię marudzić. I choć też miewam bardzo trudne momenty, smucę się, a nawet narzekam to zawsze staram się wewnętrznie doprowadzić do pionu i po prostu znaleźć rozwiązanie na to co mi przeszkadza. Ale marudzenie jest zaraźliwe. To działa jak wirus i gdy tylko znajduję się w towarzystwie marudzących, to czuję się, jakby coś mnie uwierało w tyłek i jakby ktoś po prostu coś ze mnie wysysał.

Gra w radość

Gdy miałam około 10 lat, dostałam od mojej babci książkę – Pollyanna. Przez wiele lat była to moja ulubiona lektura i zawsze chętnie do niej wracałam, bo była bardzo pozytywna, a podejście głównej bohaterki do życia było takim podejściem, które sama chciałam osiągnąć. Pollyanna była pogodną dziewczynką, która w każdej, najwet najbardziej smutnej sytuacji potrafiła odnaleźć coś pozytywnego. W dzieciństwie jej taka nauczył jej gry w radość. Polegała ona na znajdywaniu dobrej strony złych wydarzeń, a zaczęło się to wtedy, gdy Polly otrzymała w prezencie kule inwalidzkie, a bardzo chciała dostać lalkę. Wtedy tata Polly powiedział jej, że radosną stroną tego wydarzenia jest to, że nie musi z tych kul korzystać. Wiadomo, że na mnie, jako na 10-letnią dziewczynkę ta historia zadziałała inaczej, niż gdybym przeczytała tę książkę teraz, jednak przesłanie szukania pozytywów w trudnych chwilach mimo swojej banalności działa bardzo skutecznie.

A co jeśli powiem Ci, że wszyscy mamy problemy?

I czasami, jak widzę takiego malkontenta, który poświęca 3/4 swojej życiowej energii na marudzenie, to mam ochotę wrzasnąć i zapytać się go: SERIO, TAK CI DOBRZE Z TYM NARZEKANIEM? A może poszukasz w końcu czegoś pozytywnego w swoim życiu i przestaniesz truć?

Zauważyłam też, że wraz z marudzeniem w parze idzie też krytyka innych, wyśmiewanie, obrażanie lub porównywanie siebie do innych, co moim zdaniem jest już równią pochyłą do frustracji i jeszcze większej kuli śniegowej zbudowanej z marudzenia, złych emocji, zazdrości i smutku. Wiecie ile razy zazdrość doprowadzała mnie do skraju nerwów i złości? Ile razy miałam żal do siebie, że ktoś coś zrobił lepiej, że ktoś wpadł na jakiś pomysł lepszy od mojego albo że komuś wiedzie się lepiej? Piszę to szczerze, choć nie jest to łatwe – wiele razy zazdrościłam i byłam zła. Na innych i na siebie. Ale wyleczyłam się z tej złości, po prostu postawiłam sprawę jasno. Nie patrzę na innych, nie patrzę w przeszłość, nie rozpamiętuję tego co było, skupiam się na tym co jest tu i teraz oraz na tym co mogę poprawić w przyszłości.

Drogi Marudo, jeśli wydaje Ci się, że:

-> Tylko ty jeden na świecie masz ciężko, to walnij się w łeb. Myślisz, że twoi przyjaciele, rodzina, sąsiedzi nie mają problemów? A skąd ten wniosek? Bo nie widzisz problemów na ich uśmiechniętych twarzach? Nie wiesz wszystkiego o wszystkich i zapewne nigdy nie będziesz wiedział, ale to że twój sąsiad ma lepszy samochód od Ciebie, nie oznacza, że jego życie jest usłane różami.

-> Mało zarabiasz? To smutne. Ale pomyśl o Panu Zenku, który mieszka bez prądu. Ten to dopiero ma przejebane. Może wyłączysz sobie prąd na tydzień, a potem zastanowisz się czy lepiej mieć jeden zaległy rachunek, prąd i szansę na zapłacenie rachunku, czy nie mieć prądu wcale?

-> Nic ci w życiu nie wychodzi? A pomyślałeś kiedyś, że to ty sam odpowiadasz za siebie i swoje życie, a skoro jesteś już dorosły, masz rozum, mózg, sprawne ciało, to już możesz coś tam zdziałać w swoim życiu? Tak tylko mówię, gdybyś zapomniał, że poza rozważaniem nad swoim nieszczęśliwym losem i torpedowaniem każdego pomysłu są też inne sposoby na życie.

-> Nie musisz nikomu za nic dziękować, bo przecież ogólnie to jesteś fantastyczny i najlepszy, tylko inni dają ciała i to przez nich tobie się nie układa. Ogarnij się, serio. Jeśli nie poczujesz choć odrobiny pokory i wdzięczności wobec kogokolwiek, to nie wiem czy jest dla ciebie jakaś nadzieja. Zawsze warto szukać w swoim życiu rzeczy, za które możesz być wdzięczny.

-> Twoje życie to pasmo nieszczęść i nic już się nigdy nie zmieni, to odpowiem ci najprościej i najbardziej banalnie jak potrafię. Wyobraź sobie najprostsze zjawisko meteorologiczne jakim jest deszcz. Deszcz pada, a potem przestaje padać. Tak to już w życiu jest.

-> Wszyscy powinni słuchać twojego użalania, każdy powinien cię pocieszać, klepać po główce i przytakiwać na twoje smutne rozważania. Otóż powiem Ci, że nie. Nikomu nie chce się słuchać jak jęczysz w kółko o tym samym. Spróbuj lepiej wysilić się na jakiś komplement lub w ogóle coś miłego na jakikolwiek temat. Wiem, że to gorzej, niż miałbyś się przyznać do morderstwa, ale warto próbować.

-> Jesteś jeszcze dzieckiem, które może wszystko i nic nie musi, to muszę cię rozczarować. Czas wreszcie wyskoczyć z tych ogrodniczek z dziurą na kolanie i przestać być rozwydrzonym bachorem. Nikt nie zaspokoi twoich potrzeb, nikt nie przyjdzie i nie pocałuje cię w czółko, bo masz taki kaprys. Dorosłe życie, to nie rurki z kremem, owszem, ale poza piaskownicą też jest fajnie. Możesz zjeść tyle farszu do pierogów ruskich ile chcesz, możesz wracać późno do domu, możesz wychodzić zimną bez rajstop i nikt Ci nic nie zrobi. Jesteś dorosły, ciesz się tym!


Tak, wszyscy narzekamy. Wszyscy boimy się, smucimy, złościmy. Jeśli Ci ciężko, to postaraj się być obiektywny wobec siebie. Szukaj rozwiązań, rozłóż problem na czynniki pierwsze, spójrz na siebie z dystansu, poproś kogoś o pomoc, daj sobie chwilę, odetchnij, powstrzymaj złość, weź kąpiel, policz do dziesięciu. Z każdej sytuacji jest wyjście, a nawet jeśli wydaje się, że nie ma, to jest. Może nie być lekko, łatwo i przyjemnie, ale wszystko zawsze i wszędzie można zmienić. Samo narzekanie nic nie zmieni , ale spokój, dystans i plan może pomóc. I zadaj sobie jedno pytanie:

CO SIĘ STANIE, GDY PRZESTANĘ NARZEKAĆ?

 

 
Kuchnia, Lifestyle, Zdrowie

Detoks Cukrowy 2017

4 January 2017

Przyszedł styczeń, a wraz z nim Noworoczny Detoks Cukrowy organizowany przez Kasię z Cook It Lean. Po ostatniej, zeszłorocznej próbie, którą przeszłam w całości bez większych problemów i z sukcesem, postanowiłam w tym roku również spróbować swoich sił i ograniczyć węgle do końca tego miesiąca, aby jeszcze bardziej poprawić swoje nawyki.

Podsumowanie zeszłorocznego Detoksu możecie znaleźć pod tym wpisem, ale przypomnę jeszcze raz co nie co. Detoks służy po to, aby spróbować odzwyczaić się od słodyczy, dlatego przez ten czas odrzucamy nie tylko cukier, którym słodzimy herbatę, ale również nie zastępujemy go żadnymi innymi słodzikami, ksylitolem, miodem itd. Nie jadamy też zdrowych słodyczy, ani innych nadmiernie węglowodanowych przekąsek po prostu staramy się odciągnąć nasze myśli od słodkiego, a także uczymy się odróżniać prawdziwy głód od zwykłej chęci na zjedzenie czegokolwiek.

Ubiegły detoks bardzo postawił mnie na nogi, bo gdy w grudniu 2015 ważyłam już prawie 110 kg, to stwierdziłam, że to jest jakaś koszmarna farsa. Czułam się opuchnięta, zmęczona, moja skóra była bardzo przesuszona, brzuch ciągle wzdęty, a w dodatku wyglądałam na kilka lat więcej.

Co się zmieniło przez ostatni rok od Detoksu?

1. Kiedyś nie wyobrażałam sobie śniadania bez chleba, teraz praktycznie go nie jem. Są miesiące, gdy nie jem chleba wcale, a gdy już zjadam, to raczej tylko wtedy, gdy są u nas chlebożerni znajomi lub gdy jestem u rodziny. Tylko czasami nachodzi mnie ochota na chleb z pasztetem 😉 Moje śniadania to głównie dużo warzyw i jajka albo mięso i warzywa, czasami jakieś węgle. Najczęściej jem jajecznicę, omlety, jajka z duszonymi warzywami (np. szakszuka). Lubię też śniadania, które nazywam roboczo “japońskimi”, bo jest to zazwyczaj ryż + jajko/łosoś + rzodkiewka/kiełki/awokado/marchewka/szpinak lub inne warzywa. Do tego czarna kawa i przed śniadaniem szklanka wody z sokiem z cytryny. Uwielbiam ten śniadaniowy styl.

2. Nauczyłam się zwracać większą uwagę na składy produktów. Nie jestem w tym idealna i nie robię tego zawsze, ale w większości zastanawiam się nad tym co kupuję i bardzo ograniczyłam zjadanie śmieciowych produktów. Dzięki detoksowi zauważyłam, że nie służy mi gluten i niestety za każdym razem jak sobie poluzuję, to potem cierpi moja skóra. Niestety nie umiem całkowicie z niego zrezygnować, ale staram się go mocno ograniczać. Czasami daję na luz i ze smakiem zjadam pizzę czy kanapkę Drwala z Maka.

3. Pokochałam domowe mleko kokosowe i robię je regularnie, a gdy potrzebuję na “już”, to po prostu podgrzewam wiórki, mielę i od razu odciskam. Nauczyłam się też jadać takie zdrowsze wersje deserów (to już po detoksie). Przez cały ostatni detoks chodziło za mną brownie z batatów z wiśniami. O dziwo, to właśnie na taki zdrowszy wypiek miałam najbardziej ochotę, a nie na sklepowe słodycze, ciastka, czy wafelki.

jestem paleo, elo.

Czy teraz już jestem paleo i jem mięso mamutów? No nie, nie jem paleo w 100%, ale ten styl żywienia jest mi bardzo bliski i jak do tej pory najbardziej podoba mi się ze wszystkich diet, z którymi miałam w życiu styczność. Detoks mnie wiele nauczył, w tym roku jestem już bogatsza o wolnowar, więc mam zamiar trochę poszaleć z mięsiwami i jakimiś fajnymi gulaszami. No i mam nadzieję, że wytrzymam cały ten czas, który sobie założyłam, bo pełną parą zaczęłam już wczoraj, a skończyć chcę ostatniego dnia miesiąca, więc to trochę ponad 3 tygodnie.

Tak jak w zeszłym roku zachęcam was do wzięcia udziału, o ile czujecie, że to coś dla was, bo wiem, że nie każdy jest w stanie zrezygnować ze wszystkich produktów. Ale jeśli tylko dokładnie przeczytacie zasady, zapoznacie się z listą produktów, które można jeść, przejrzycie blogi, poczytacie wpisy, to na serio okaże się, że to nie jest takie straszne i trudne jak się wydaje. Bo tak naprawdę w detoksie chodzi o to, żeby po prostu jeść zdrowo, dobrze i nie zapychać się węglami. Odsyłam was do bloga Cook It Lean – tam znajdziecie wszystkie ważne informacje i odpowiedzi na pytania.

WYDARZENIE NA FB:

 

 
Babskie sprawy, Lifestyle, Sport, Zdrowie

Halo świecie, jestem na diecie! (od miesiąca)

19 October 2016

Od zawsze powtarzam, że to mój wewnętrzny pech, czarny kot przebiegający mi drogę i te lusterko zbite kilka lat temu. Może jeszcze fatum i przekleństwo jakieś – to wszystko powoduje moje nieszczęścia. Wszystko co powiem na głos, każdy największy plan upada, gdy tylko podzielę się nim ze światem. I zawsze tak sobie tłumaczyłam moje dietetyczne porażki, to że na diecie potrafiłam wytrzymać tydzień, no góra dwa i kończyłam niepowodzeniem. Z łyżką w słoiku nutelli i ręką w paczce czipsów…

…na kilka miesięcy, po których miałam kolejny zryw, że oto ja, Paulina Wnuk, uroczyście oświadczam, że teraz będę odchudzać się tak na serio. SERIO, SERIO. Biorę się w garść, dietka, wszystko fit, hasztagi #healthyeating na Instagramie, nowe dresy, nastawienie, wizualizacja, że już zaraz będę mogła pokazać przed i po i wszystkim opadną szczęki.

0b1c5813d4443332a34fde2aa17c14dc_original

No ale nie. Góra dwa tygodnie i przychodzi kryzys. Czipsy, pizza, dwa drinki. A nie, dwa to za mało, jeszcze dwa. Czekolada w promocji? Żal nie skorzystać. Ptasie mleczko? Dawno nie jadłam, zjem rządek, albo pięterko. Dieta? Jaka dieta? Po co mi dieta? Przecież jestem fajna, ładna, lubię siebie, inni mnie lubią, na co mi ta dieta?

pizza

fdfsdf

Nie tędy droga

Ostatni zryw miałam ponad rok temu. Wtedy napisałam na blogu, że będę się odchudzać, zrobiłam podsumowanie dwóch tygodni, założyłam grupę motywacyjną (pozdrawiam moje Duperki z grupy! :* ). Naprawdę myślałam, że może mi się udać, ale poddałam się. Nie walczyłam. Po prostu wzruszyłam ramionami i stwierdziłam – no trudno, już nigdy nie schudnę i do końca życia będę smutną grubaską z buzią brudną od nutelli.

W grudniu zachorował Tymek, a to przeorganizowało nam trochę życie i jedzenie, choć też nie całkiem. Już pod koniec grudnia wiedziałam, że w styczniu chcę zrobić Detoks Cukrowy. Od dłuższego czasu byłam na grupie Czystożerców i nawet nie chodziło mi wtedy o schudnięcie, a o uregulowanie się, o odstawienie śmieciowego jedzenia i wywalenia cukru. Wtedy udało mi się przez 21 dni utrzymać założenia detoksu. Poczułam się super. Potem to zawaliłam, bo znowu rzuciłam się na pizze, słodycze i inne, ale jednak trochę zostało mi w głowie i wiedziałam już więcej na temat tego co mi szkodzi i bez czego czuję się lepiej.

Zaczęłam też trochę biegać, w sumie to maszerować i biegać. Nie traktowałam tego poważnie, raczej chciałam dzięki temu poprawić trochę kondycję, nabrać więcej energii, poczuć się lepiej. Dalej bez żadnej diety i ciśnienia.

W czerwcu przebadałam się od A do Z, zaczęłam nową dietę, która niestety zupełnie mi nie podpasowała, a że był wakacje, to już odpuściłam do końca sierpnia, a we wrześniu stwierdziłam, że teraz to ja już mam dosyć eksperymentów i pójdę do specjalisty.

tumblr_inline_mi162nuqzx1qz4rgp

I tak trafiłam do Przemysława Kozaka (którego większość zna z ksywki Koniu151) już od dawna obserwowałam na FB, a od mojego chłopaka, Karola,  dowiedziałam się, że to kozak nie tylko z nazwiska, więc stwierdziłam – spróbujmy.

Karol wie, jaka jestem marudna. Byłam już na wielu dietach i nigdy nie było tak, żeby wszystko mi pasowało. W zasadzie to każda z diet zawsze nie pasowała mi tak w około 60-70%. Dietą od Konia byłam zachwycona, bo była naprawdę DOPASOWANA. Nie wciskał mi owsianek, omletów z wheyem, obrzydliwych shake’ów i stosu suplementów. Poprosiłam o takie przepisy, które nie zajmą mi dużo czasu, które będę mogła powtarzać dwa dni pod rząd no i z tych produktów, które lubię. I żeby to były normalne posiłki, nie żadne cuda na kiju. I wszystko, zgodnie z moją prośbą, było takie normalne, jakbym wcale nie była na diecie, a niektórych posiłków to wręcz nie możemy się z Karolem doczekać (bo oboje jesteśmy na tej samej diecie, z innymi ilościami). Pierwszy dietetyk-trener, który naprawdę ogarnia, jest na bieżąco, nie wciska kitów, nie jest szalonym fitnesiakiem i ma normalne podejście.

giphy

Zawsze mi się wydawało, że dieta to musi być taka super wypasiona, co tydzień inny zestaw posiłków, zupki, owsianki, budynie jaglane i inne super hipsterskie rzeczy, ale podświadomie miałam już dosyć komplikacji, trudnych przepisów, przez które spędzałam przy garach cały dzień. I to tylko po to, żeby zjeść tego fikuśnego liścia sałaty z grillowaną piersią indyka w glazurze z powietrza. I tak 5 razy dziennie.

Teraz jem 3 razy dziennie i mam wszystko w nosie. Zdarzają mi się słabsze dni, gdy nie chce mi się pójść na trening, czy gdy mam ochotę zjeść coś czego nie powinnam. Ale mówię sobie, no trudno, zdarzyło się. Nie padam na kolana, nie płaczę, że to już koniec. Zawaliłam, ale lecę dalej.  Jestem zaangażowana, bo chcę schudnąć, czuć się lepiej. A przede wszystkim, nie chcę za 20 lat trafić na oddział diabetologii, albo skończyć z zawałem. Bo otyłość to choroba, a choroby się leczy.

A więc leczę się już od miesiąca. Jest nieźle.


 Zobacz też:


Klasycznie – zapraszam na grupę wszystkich, którzy potrzebują dawki motywacji, kopniaków i pomysłów na to jak ruszyć tyłek.

hey-holets-go-1

 
Babskie sprawy, Lifestyle, Zdrowie

Before and after – szybka droga do bycia wielorybem

30 September 2016

Codziennie, no dobra, może nie codziennie przed snem przeglądam Instagram i oglądam co kryje się pod hasztagami #beforeandafter #weightlosstransformation i kilka innych tego typu. Oglądam, przecieram oczy, uśmiecham się i… nie widzę siebie takiej. Nie umiem zwizualizować sobie jak mogłabym wyglądać, gdybym była szczuplejsza. A przecież ja nie zawsze byłam tak gruba, serio.

Dlatego chciałam Wam dziś pokazać moje własne #BeforeAndAfter i #WeightGainTransformation. Jak to zrobiłam? Jak zamieniłam się w małej wielkości słonika?

c_z5er

 

Żarłam oczywiście, no bo jak inaczej? Jak widać na powyższym gifie, który powstał ze zdjęć z 2010 roku, radośnie zjadam bułeczkę, otwierając sobie tym samym drogę do królestwa zagłady, zwanym inaczej nadwagą i otyłością. Nigdy nie byłam chuda czy szczupła, ale miałam przynajmniej bardziej ludzki kształt, niż teraz. A wtedy mi się wydawało, że jestem taka gruba i o matko bosko, gorzej już być nie może. Nie może? Tak sądzisz? No to ja Ci pokażę – tak zdaje się pomyślał mój organizm i postanowił sprawdzić moje możliwości. Przysięgam, nawet nie wiem kiedy to się stało.

Chciałabym być tak gruba jak wtedy, gdy pierwszy raz pomyślałam, że jestem gruba.

 

gif_hate_rmonings

I teraz, gdy tak sobie siedzę nad sałatką i marzę, aby okazało się, że smakuje jak masło orzechowe, kurczak w panierce i czekolada, to myślę, że decyzja o diecie była jedną z lepszych życiowych wyborów. Oczywiście, helou, to dopiero trzeci tydzień i jeszcze wszystko może się zdarzyć. Może rzucę wszystko i postanowię otworzyć fabrykę czekolady, a potem do końca życia pozostanę smutną grubaską kąpiącą się w nutelli, ale jednak mam szczerą nadzieję, że nie.

Znalazłam nawet dziś w internecie, w sklepie o bardzo psychologicznej nazwie – GuiltFree, masło orzechowe zero kalorii. ZERO. I już wyobrażałam sobie jak otwieram je, a w moje nozdrza wpada piękny zapach soczystych i tłustych orzechów. I jak zjadam cały słoik, zgodnie z nazwą sklepu, bez grama poczucia winy, a potem… przeczytałam skład tego masła i mi się odechciało. Czaicie, że coś co ktoś nazwał MASŁEM ORZECHOWYM nie ma w sobie nawet grama orzechów, a jedynie ich aromat?

supplements-for-weight-loss-gif-5

Wydałam sobie diagnozę – jestem uzależniona. Od cukru, od tłuszczu, od smaków i zapachów. Miewam chwile obsesyjnego myślenia o jedzeniu i odliczam czas do momentów, gdy będę mogła zjeść coś poza dietą. Coś zakazanego, tłustego, słodkiego. Moment, w którym czekolada rozpuszcza się w ustach, jest momentem wytchnienia, relaksu, odpoczynku, który zaraz potem zamienia się w wyrzuty sumienia i każe obwiniać się w głowie – nie mogłaś się powstrzymać? I po co Ci to było? Warto było dla kawałka czekolady złamać swoje przyrzeczenia? Potajemne wpieprzanie słodyczy nie jest dobrym sposobem na stres. Jedzenie powinno być czystą przyjemnością, a nie czynnością, która powoduje dyskomfort psychiczny i fizyczny. Nie ważne, czy jest to fit sałatka czy kawałek sernika – trzeba jeść to co się lubi. Słowo klucz, to UMIAR. Dwie godziny na siłowni nie dają mi przepustki na zeżarcie całego opakowania ptasiego mleczka. Od dwóch tygodni staram się o tym pamiętać i być dla siebie surowa i dobra jednocześnie. Jutro z okazji rodzinnej uroczystości robię cheat day. Przez moją głowę przebiegła już myśl, że będę jak Kopciuszek – nie opuszczę koryta do północy. Ale nie, nie chcę i nie mogę przegiąć.

collage

Kiedyś byłam trochę smuklejsza i nosiłam na rękach mojego syna, potem jak widzicie przerzuciłam się na noszenie na rękach ciast i wyszło jak wyszło. Tymczasem, mówię Wam dobranoc i idę obejrzeć Jamiego Dornana w nowym sezonie The Fall – ciastko bez kalorii.


Klasycznie – zapraszam na grupę wszystkich, którzy potrzebują dawki motywacji, kopniaków i pomysłów na to jak ruszyć tyłek.

hey-holets-go-1

 
Babskie sprawy, Lifestyle, Sport, Zdrowie

Odchudzanie w wersji beta (testy trwają)

29 September 2016

Od dwóch tygodni jestem testerką siebie i swojej wytrzymałości. Tak, jestem na diecie. Znowu. Nie jest to żadną rewelacją, a kto jest na mojej fejsbukowej grupie, ten wie, że ja przecież odchudzam się cały czas (z przerwami na jedzenie). Pomyślałam sobie jednak, że idzie jesień i już coraz trudniej ruszyć tyłek, lato minęło, a ja znowu nie w formie, więc lepiej się do aktualnego odchudzania przyłożyć.

tumblr_monfp0b76p1su7sauo1_500

Wiem, wiem, że to już kolejny raz, a z każdym kolejnym razem jest coraz trudniej, ale powiedzmy, że postanowiłam podejść do siebie na luzie, dzięki temu przeżyłam ostatnie dwa tygodnie całkiem bezboleśnie i choć nie obyło się bez kilku maleńkich czitów, to cały ten czas oceniam na plus dla siebie.

Postanowiłam pocisnąć, bo o ile kocham siebie miłością absolutną, to mam też w sobie dużo krytyki. Wiem, kiedy muszę powiedzieć stop, zamknąć lodówkę na cztery spusty i wywiesić swoją podobiznę w okolicznych sklepach z podpisem – tej pani słodyczy nie sprzedajemy.

Od jakiegoś czasu usilnie próbuję znaleźć swoje dawne rysy twarzy, bezskutecznie, gdyż moja twarz bardziej przypomina purchawkę, aniżeli lico. Nie wspominając o dupie, która mieści się jedynie w ciuchy uszyte z plandeki na samochód. Mogę sobie pogratulować tego osiągnięcia, ale jak to mówią: widziały gały co brały (a raczej co żarły).

2006-09-07_1157631230kkk

Pan Jan Tomczak z Kijewa prezentuje purchawkę-giganta nazwaną moim imieniem. Jestem wzruszona. / fot. Konrad Wojtyła

Nie ma niczego, na co mogłabym zrzucić winę za swoją wagę.

  • zbadałam swoją tarczycę od A do Z
  • zbadałam siebie całą od A do Z
  • już nie mogę mówić: przytyłam po ciąży! (to był mój ulubiony argument, ale minęło od niej ponad 7 lat)
  • nie mam żadnych hormonalnych problemów
  • nie mam też grubych kości

Niestety, jestem po prostu gruba. W zasadzie to otyła, a otyłość jak wiemy nie jest czymś naturalnym i prowadzi do wielu chorób m.in. cukrzycy typu 2, chorób układu krążenia, niektórych nowotworów i innych cholerstw. Przede wszystkim jednak, otyłość prowadzi do wieczornych płaczów w poduszkę, wyrzutów sumienia po jedzeniu, złego samopoczucia i ogólnego rozbicia. Czy chwilowa przyjemność z żarcia jest tego warta? Fuck no. Czy chudnięcie jest prostym procesem? Nie.

no

Po przetestowaniu chyba wszystkich możliwych sposobów na odchudzanie, od natur house zaczynając, na magicznych chińskich tabletkach kończąc, stwierdziłam, że muszę oddać się w ręce niekwestionowanego specjalisty (kim jest owy specjalista i co to właściwie oznacza napiszę później). Mam za sobą tyle diet i odchudzającego doświadczenia, że już oczywiście nie dam sobie wcisnąć kitu w stylu: nie jedz po 18, kupuj tylko produkty light itd, a nawet mam wrażenie, że mogłabym założyć swój fanpejdż Paulina Wnuk Personal Trainer and Diet Coach, bo doradzanie innym szło mi lepiej, niż stosowanie się do własnych wszystkich porad.

Co ma być (mam schudnąć), to będzie. Tak czuję! Tak więc spodziewajcie się tony motywacyjno-żalących wpisów. Będzie o czitach, słabościach, mocy, treningach, grubej dupie, jedzeniu zajebistym i mniej dobrym. Będę przelewać tu hektolitry potu i tłuszczu.

No to heja!

go


Klasycznie – zapraszam na grupę wszystkich, którzy potrzebują dawki motywacji, kopniaków i pomysłów na to jak ruszyć tyłek.

hey-holets-go-1

 
Babskie sprawy, Lifestyle, Osobiste, Życie

Ideał da­ny jest człowieko­wi po to, aby wy­raźnie widział swą niedoskonałość.

19 November 2015

Zarzucę teraz banałem, że wiecie, ludzie są różni. Fizycznie i mentalnie. Nie zawsze to co ładne z zewnątrz, w środku również emanuje pięknem. Jak w tym powiedzonku: ‘gówno zawinęło się  w papierek i udaje, że cukierek’. To nie zasada, broń borze. I nawet ciężko mi to w jakąś jedną ramę włożyć, bo staram się przenigdy nie wyłączać mojej tarczy anty-stereotypowej, a jak słyszę takie pierdoły typu “wszystkie grubaski, to sympatyczne laski” (przykład nie ma znaczenia, możesz tam wkleić stereotyp blondynki-idiotki), to wtedy mam ochotę zrobić fatality z Mortal Kombat i wyrwać takiemu osobnikowi serce.

fatality

Nie o stereotypach, a przynajmniej nie dosłownie, chciałam dziś napisać. Czasami mam wrażenie, że są we mnie dwie osobowości. Z jednej strony czuję, jak wychodzi taki mały szyderca. Paskudny gremlin, który lubi kogoś obgadać, poplotkować na brzydkie tematy, powiedzieć coś niemiłego o tym i o tamtym, a z drugiej strony mam później kaca moralnego i wielką ochotę przywalić sobie z liścia. Bo nie jestem zła, a przynajmniej lubię myśleć o sobie jak o dobrym człowieku, ale takim, który popełnia błędy i potrafi w odpowiednim momencie dać sobie kopa.

Mój stan emocjonalny i to wszystko co ostatnio się ze mną dzieje psychicznie kazało mi mocno przewartościować wszystko co jest wokół mnie. Widzę tysiące moich błędów, zachowania, które nie są moje i widzę też “siebie”, chociaż to tak naprawdę nie jestem ja. Nie ta “ja”, którą chcę być.

W każdym razie, dotknął mnie ostatnio, i to nawet dwukrotnie, taki stereotyp “szczęśliwej osoby”. Z jednej strony to ja oceniłam kogoś błędnie, a z drugiej strony to ktoś błędnie ocenił mnie.

Pierwsza sytuacja: Jakiś czas temu napisała do mnie koleżanka. Taka koleżanka, z którą nigdy nie miałam jakiegoś głębszego kontaktu. Jednak z tego co widziałam “na fejsie”, to żyła dobrze. I ABSOLUTNIE nie ma dla mnie żadnego znaczenia jej sytuacja materialna czy życiowa. Po prostu, to co widziałam z zewnątrz, sprawiło, że myślałam o niej, jak o kobiecie spełnionej na każdym poziomie. Co się okazało? Że ma wiele problemów i że z wieloma sobie nie radzi,a przynajmniej jeszcze nie wie jak sobie poradzić. Przez moją głowę nie przebiegł nawet cień myśli, że gdzieś tam jej świat się zawalił. Sądziłam, że jej życie jest idealnie zaprojektowane. Myliłam się jak cholera.

Druga sytuacja: To do mnie napisała jedna z czytelniczek. To była krótka wiadomość, ale bardzo dała mi do myślenia. Napisała, a właściwie to zapytała skąd we mnie tyle radości i szczęścia. Widzi to na moich zdjęciach i chce wiedzieć skąd. Nie mogłam jej odpisać “Spoko, odetchnij, u mnie chujowo”, ale jej pytanie spowodowało, że zaczęłam myśleć o tym, dlaczego tak ochoczo pokazujemy szczęśliwe chwile ze swojego życia, a nie potrafimy równie łatwo napisać czy powiedzieć:  jest mi źle/jestem nieszczęśliwa/mam problemy/mój świat się wali.

Na pewno słyszeliście o młodej modelce z Australii, która postanowiła usunąć prawie wszystkie zdjęcia ze swojego instagramowego konta. Jak sama stwierdziła, miała dosyć kolorowania rzeczywistości. Essena O’Neil pokazywała zdjęcia swojego ciała, kosmetyków, ubrań. Patrząc na nią i na jej zdjęcia można by pomyśleć, że to chodzący ideał, ale jednak okazało się, że granica między prawdziwym życiem, a życiem w internecie zatarła się, a ona w duchu była po prostu bardzo nieszczęśliwą dziewczyną pragnącą społecznej akceptacji.

Obejrzyjcie film, w którym Essena opowiada o tym jak wyglądało jej życie i dlaczego chce opuścić świat social media.

Problem jest taki, że widząc te wszystkie ślicznie wyglądające owsianki, mieszkania a’la Pinterest, smukłe sylwetki i zawsze idealne loki, wiele ludzi po prostu ulega tym złudzeniom i porównuje siebie do zdjęć, do tych nierealnych widoków. Myślimy – wtf, gdzie popełniłam błąd? Patrzysz na swoją stertę naczyń w zlewie, na nieuprasowane ubrania, na męża co siedzi w dresach przed komputerem i na dziecko, które znowu wylało kakao na dywan. Zaraz, zaraz. Jeszcze pozostałaś Ty. Piłaś dziś kawę z fusami, nie latte ze starbucksa. Twój makijaż pozostawia wiele do życzenia i wcale nie masz ochoty przebiec dziś 5 km i przeczytać inteligentną książkę.

Zapewniam Was, że nie wszyscy ludzie są idealni i szczęśliwi. Ja nie jestem. I wcale się tego nie wstydzę. Są dni, gdy nie mam ochoty sprzątać i nawet nie spoglądam w stronę zlewu, żeby sobie nie podnosić ciśnienia. Czasami nie maluję się wcale, a moim komfortowym strojem są wyciągnięte dresy i stara koszulka. Czasami też nie mam ochoty się uśmiechać i po prostu dużo płaczę. Czasami nie mogę zasnąć, bo myślę o wszystkich swoich problemach i o tym co mogłam w życiu zrobić inaczej. Czasami czuję się ze sobą tak źle, że jedynym wyjściem jest przykrycie się kołdrą i niewychodzenie z łóżka przez tydzień.

A czasami czuję, że muszę wziąć się w garść, bo życie to coś więcej, niż ładne obrazki na instagramie. Życie to więcej, niż smukłe uda i jędrne piersi. Życie to więcej, niż idealnie ułożone włosy i duża zawartość portfela. Spróbuj spojrzeć w lustro i powiedzieć: “Popełniam błędy, nie jestem idealna/y, ale pracuję nad sobą”. Nie warto gonić za byciem NAJLEPSZYM. We wszystkim trzeba odnaleźć balans. I w byciu najlepszym i w byciu najgorszym.

Nie bójcie się być nieidealni.  Bądźcie tacy, jacy chcecie być, w zgodzie ze sobą.

 
Lifestyle

Cel jest na końcu każdej drogi

2 January 2015

Przez długi czas miałam problem z tym jak oddzielić marzenia, pragnienia i potrzeby. Wszystko zlewało się w jedną całość. Z jednej strony miałam w sobie głęboką potrzebę stabilizacji, porzucenie codziennych zmartwień i problemów. Myślałam: “marzę po prostu o tym, aby świat się na chwilę zatrzymał”. Miałam na myśli to, że moje problemy przerastały mnie i jedyną rzeczą, o której marzyłam był święty spokój. Jednak z czasem zrozumiałam, że nie o to w marzeniach chodzi. Zaczęłam rozumieć różnice między pragnieniami wynikającymi z konieczności, a tymi które są po prostu moim wyborem.

Czytaj więcej…