Wczesnym latem, gdy oglądałam jeden z ostatnich wschodów słońca w moim mieście, pomyślałam, że chciałabym stać się niewidzialna. Przezroczysta dla ludzi, którzy mijają mnie na ulicy, jak i dla tych, z którymi przebywałam na co dzień. Chciałam, żeby ktoś wręczył mi czystą kartkę i pozwolił napisać moją historię od nowa. Zrozumiałam dlaczego tak bardzo lubię wschody słońca. Kiedyś wydawało mi się, że moją ulubioną porą jest noc, jednak ona przynosiła tylko smutne myśli, tony przemyśleń, dręczące wyrzuty sumienia i tysiące pytań, na które nie umiałam znaleźć odpowiedzi. Wpadałam w pułapkę nadmiernego myślenia.

Gdzie była ta dziewczyna pełna sił, ciekawa świata z apetytem na życie, entuzjazmem i siłą? Zniknęła. Zamiast jej pojawiła się pusta sylwetka bez wyrazu. Miałam dwa wyjścia – poddać się albo jeszcze spróbować. I spróbowałam.

Nastawiłam się na długą i ciężką drogę. Wiedziałam, że będzie mi niewygodnie, że muszę przepracować pewne sprawy, a niektóre zbudować zupełnie od nowa. Muszę być cierpliwa, nieugięta i muszę nastawić swój umysł na tryb leczenia. Gdzieś na świecie musiało być miejsce, w którym poczuję się jak w domu. Byłam zmęczona chodzeniem tymi samymi ulicami, uwięziona pośród nocy, które wyglądały tak samo. Wyczerpana udawaniem, że wszystko jest dobrze i że w końcu, niespodziewanie coś się samo zmieni. Samo, to się może najwyżej rozpaść, tak jak wszystko w moim życiu nad czym traciłam kontrolę.

Sprzedałam co mogłam, spakowałam swoje życie do jednej walizki, przygotowałam bilety. Płakałam ze strachu, uśmiechałam się na myśl, że w końcu odnajdę siebie. Myślałam godzinami, a potem wyłączałam myślenie i działałam automatycznie. Pożegnałam przyjaciół, moje ukochane miasto, złapałam mojego syna mocno za rękę i zrobiłam krok do przodu.

Ubrałam na oczy opaskę i ruszyłam przed siebie, błądząc po omacku. Mam drogę do przejścia, muszę iść do przodu, szukać, pukać od drzwi do drzwi i pytać:

– dzień dobry, czy to tu jest miejsce dla mnie?

– niestety, proszę iść dalej, to jeszcze nie tutaj.

Nie szkodzi, idę dalej. Może zatrzymam się tu na chwilę. Nie mogę zawrócić.

W dniu, w którym wyjechałam zmieniło się całe moje życie. Zmieniło się wszystko i nic się nie zmieniło. Czekałam na to, aż znajdę drzwi, przez które będę mogła uciec, a znalazłam takie, do których mogę wejść.

Czekałam na moment, w którym moje życie będzie stabilne, gdzie nic nie będzie w stanie mnie zaskoczyć. A jest całkiem odwrotnie – codziennie coś mnie zaskakuje, codziennie trafiam na coś nowego, tylko teraz rozumiem ten proces. A może wcale nie rozumiem. Nawet się nad tym nie zastanawiam, po prostu żyję.

Staram się nie czekać na lepsze czasy, na rozwiązane sprawy, na zamknięte tematy na lepszą pogodę i korzystniejszy biomet. Czasami jest tak, że gdzie nie spojrzę, to nędza, nieporządek, wszystko nie tak. Trudno, gorsze momenty przesypiam i czekam, a potem zbieram się do kupy i idę dalej.

Ostatnie lata był latami zaciskania zębów, robienia dobrej miny do złej gry, gryzienia się w język, ocierania łez, trzymania w sobie żalu.

“To, co teraz powiedziałem, wygląda, jakbym miał coś strasznego dalej do wyjawienia. Coś straszliwego: wielką katastrofę, nieszczęście jakieś ogromne, zbrodnię nieludzką, o której gdy się słucha tylko albo czyta, cierpnie skóra i włosy na głowie zaczynają kłuć jak szpilki. Jak nieraz od zimna. Tak wygląda to, co napisałem. Jakby to był wstęp do. Jakby to byłby słowa dla wysokiego sądu w sali, gdzie proces. Więc nie. Nie tyle co.

Zanim doszedłem do wzgórza, gdzie odpoczywałem, leżąc bez pamięci, zanim doszedłem do tego wzgórza, gdzie się zwaliłem bez sił, spoczywając bez pamięci, patrząc w niebo niebieskimi moimi oczami, zanim tam doszedłem, szedłem długo. Jeszcze dłużej. Za mną nic nie było. Nie uciekałem przed nikim ani przed niczym. Żadna panika mnie nie ścigała ani sfora, ani ktoś pojedynczy. Przede mną też nic nie było w normalnym rozumieniu, w normalnym oczekiwaniu. Żaden punkt. Nie szedłem, żeby gdzieś dojść w normalnym rozumieniu. Żeby kogoś zobaczyć i ucałować ani żeby się na kimś zemścić. Bóg mnie też nie prowadził. Nic. Nie szedłem do celu. Szedłem nigdzie. Szedłem długo. Jeszcze dłużej. Mówię, co wiem.

Więc mówiąc prawdę i tylko prawdę, całej prawdy powiedzieć nie mogę, bo jej nie znam. I chyba nigdy się nie dowiem, dlaczego i po co przeszedłem dzisiaj ładne trzydzieści pięć, czterdzieści albo czterdzieści pięć, nie wiem, kilometrów, bo nie wiem, ile zrobiłem, na słupy nie patrzyłem, czasu nie mierzyłem. Nie to miałem w głowie. W głowie miałem lekki szum. Na pewno. Na pewno nigdy się nie dowiem, dlaczego dzisiaj nie skończyłem śniadania, nie dopiłem kawy, tylko wstałem i powiedziałem do gospodarza, żeby mnie obliczył i żeby mi wypłacił, ile się należy, bo odchodzę. Bo muszę iść. (…)

Uznałem dzisiaj idąc, że przecież nigdy się na to nie zgodzę, żeby być tym, czym nie jestem, a od czego się roją półkule. Ani na to, ani tak samo na to, że: jakoś to będzie, jak pan Bóg da zdrowie, a Matka Boska pieniądze, coś się musi zmienić, byle do wiosny. Uznałem, że tysiąc razy wolę przeminąć jak kometa. Tysiąc razy wolę mignąć tylko jak meteor i wsiąknąć w niezgłębione mgły. Całej prawdy nie znam. Mówię, co wiem.

Uznałem to i uznałem, że najlepsza dla mnie rzecz i jedyny sens jest usiąść. Usiąść gdzieś na uboczu, oprzeć się o drzewo albo o skałę, albo położyć się na trawie, na liściach, walnąć się na ziemię i już tak zostać bez ruchu, leżeć nieruchomo i przypomnieć sobie wszystko, wszystko co tylko, zebrać, przywołać ze wszystkich stron zakątków, wielki apel pamięci zrobić, aż urośnie jak balon i uleci w powietrze. I wtedy już spokojnie, cicho, tak jak przystało, godnie wsiąknąć w glebę, jak majowy deszcz.”

– Edward Stachura, Falując na wietrze

Zmieniło się wszystko i nic się nie zmieniło. Było jak było, jest jak jest i będzie jak będzie. Ja po prostu idę, a czasami się zatrzymuję. Czasami idę sama, a niekiedy ktoś mi towarzyszy. Czasami idę przez sztorm i burze, a czasami słońce grzeje moją twarz.

Nawet jeśli nie masz pewności dokąd doprowadzi Twoja droga i nawet jeśli nie potrafisz określić, gdzie chcesz teraz być, wciąż możesz spróbować podróży, ucząc się po drodze i idąc łagodnym, stałym tempem.