Pisałam już kiedyś w tym tekście kilka zdań o akceptacji siebie i o tym jak to jest być grubym. Wszyscy dookoła wiedzą za Ciebie wszystko lepiej, każdy ma przed oczami Twoje wyniki badań i każdy daje sobie prawo do oceniania Ciebie. Nawet jeśli wie o Tobie tyle, że lubisz filmy Tarantino i masz brązowe włosy.

Nigdy nie miałam zamiaru promować otyłości i bycia grubym, zawsze chodziło mi tylko o to, żeby pokazać innym, że można siebie akceptować, a jednocześnie próbować zmienić. W moim przypadku chęć zmiany przyszła dopiero wtedy, gdy w 100% poznałam siebie i zrozumiałam jaka chcę być.

Uczciwie muszę przyznać przed sobą, że ostatnio nie byłam dla siebie i dla swojego ciała zbyt wyrozumiała. Nie dbałam o regularność jedzenia, ani o jego jakość. O ile z regularnością mam problem (rzadko jadam śniadania, a chodzę spać bardzo późno w nocy, to często się zdarzało, że pierwszy posiłek jadałam o 13, a ostatni około północy), to odnośnie tego co jadałam, to jest już tylko i wyłącznie moja wina.

Oczywiście podejmowałam próby “nawrócenia się” na regularne jedzenie, próbowałam również diet i cudownych rewolucji w mojej kuchni, ale zazwyczaj kończyło się to na tym, że wytrzymywałam dwa tygodnie i wracałam do starych nawyków. Żal mi strasznie, bo nie jestem osobą, która musi zeżreć wielką porcje frytek czy burgera żeby poczuć się dobrze. Uwielbiam warzywa i wielokrotnie zamiast chipsów wybieram rzodkiewki, ale co z tego, skoro mój organizm jest tak rozregulowany, że magazynuje wszystko co się da i każdy nadmiar automatycznie zamienia się w tłuszcz. Do tego wszystkiego, gdy odstawiłam tabletki od psychiatry zaczęłam tyć jeszcze bardziej. I tak w ciągu roku przytyłam – uwaga – 16 kg. A od samego lutego jest to 6 kg. To jak przytyłam widzę szczególnie po rysach twarzy, tyłku i udach. Chciałoby się krzyknąć – no w dupie to się nie mieści, jak mogłam tak przytyć 😉

ibxit

Absolutnie nie mogę powiedzieć, że to co teraz dzieje się z moim ciałem jest przeze mnie akceptowane. Moja aktualna sylwetka nie jest “tą” krągłą, którą nauczyłam się akceptować. Dlatego też postanowiłam odważyć się na publiczne odchudzanie, bo inaczej chyba nie będę w stanie sobie ze sobą poradzić. Od lutego próbuję co jakiś czas wrócić do zmiany diety i wszystko na nic. Dzieliłam się tymi informacjami tylko z najbliższymi i najwidoczniej to był błąd.

Być może potrzebuję silnego kopa i mocnego wsparcia w Waszej postaci. Może jeśli oficjalnie przyznam, że próbuję się zmienić, to tym razem uda mi się zrobić to skutecznie. Nie boję się, że “gryzie się” to z moim wizerunkiem wesołej blogerki plus size, bo każdy ma swoje granice, a mnie moje obecne “plus” po prostu zaczęło męczyć. Co nie wyklucza tego, że ktoś w rozmiarze podobnym do mojego nie może czuć się dobrze – to Wasza indywidualna sprawa. Ja aktualnie jestem na siebie wkurwiona, bo cokolwiek nie robię, to ma to odwrotny skutek.

Potrzebne mi Wasze wsparcie

Po pierwsze, to przede wszystkim mam nadzieję, że uda mi się w końcu ogarnąć, a po drugie to mocno wierzę, że pociągnę za sobą kogoś jeszcze i że do zmian dołączą inne osoby, które też coś uwiera. Postanowiłam, że raz w tygodniu umieszczę wpis dotyczący tego jak mi idzie, a w nim będą podsumowania poszczególnych dni, posiłki, jakieś screeny z endomondo – wszystko co poświadczy o tym, że idę do przodu. Jeśli też zechcecie dołączyć, to zawsze możecie do mnie napisać – hello@paulinawnuk.com

Wierzę, że razem jest raźniej. Dlatego oficjalnie – odchudzam się.  Nie daję sobie żadnego określonego czasu, nie będę teraz lecieć na łeb, na szyję, żeby tylko jak najszybciej schudnąć. Wyrosłam z tego. Wiem, że na wszystko potrzeba czasu, ale na pewno też nie będę się ze zmianami ociągać.

Zaczęłam od dzisiaj – szklanką wody z cytryną i śniadaniem z mojego planu dietetycznego. Boję się tego pierwszego tygodnia i nie ukrywam, że liczę na Wasze wspierające komentarze.

Trzymajcie kciuki!


 Zapraszam do mojej grupy motywacyjnej na FB – I wish I was Beyonce 😉 Będę tam na bieżąco pisać o postępach. I Was też zachęcam!